Październik 2018

Astronauci podczas podróży na Marsa mogą zostać poddani hibernacji

Coraz śmielej mówi się o możliwości zahibernowania astronautów na czas długich lotów kosmicznych. Ma to na celu ograniczenie zużycia wody i pożywienia, a także ochronę przyszłych kolonizatorów przed promieniowaniem kosmicznym.

 

W poprzednim tygodniu, w Nowym Orleanie odbyła się konferencja, podczas której naukowcy dyskutowali na temat ludzkiej hibernacji. Chociaż nie potrafimy zapadać w sen zimowy, jak niektóre zwierzęta, byłby to bardzo pożądany stan z uwagi na oszczędności, jakie się z nim wiążą. Obniżając zapotrzebowanie załogi na energię, długodystansowe misje kosmiczne stałyby się o wiele tańsze. Zmniejszeniu uległoby zaopatrzenie astronautów na czas misji, a co za tym idzie - rozmiary statku kosmicznego. Ponadto, czas podróży (liczony w latach) spędzony w letargu, byłby zdrowszy dla zdrowia psychicznego załogi.

Jak wyjaśnia Dr Matthew Regan z University of Wisconsin, stan hibernacji mógłby również chronić podróżujących przed ryzkiem, związanym z promieniowaniem kosmicznym i innymi niebezpieczeństwami, związanymi z przebywaniem poza atmosferą ziemską. Hibernacja mogłaby okazać się użyteczna także na Ziemi w przypadku ciężkich problemów medycznych, takich jak udar, zatrzymanie akcji serca, duży ubytek krwi.

 

Niestety mechanizm zapadania w sen zimowy u ssaków pozostaje nieznany. Doktor psychologii Matteo Cerri z Uniwersytetu Bolońskiego zauważył, że wiele organów regulujących metabolizm jest kontrolowanych przez neurony, zlokalizowane w obszarze pnia mózgu, który jest odpowiedzialny za utrzymanie temperatury ciała u ssaków. Nie jest też nadal oczywiste rozróżnienie stanu snu od hibernacji.

 

Zapowiedziana podróż na Marsa oraz potencjalne korzyści medyczne, płynące z dogłębnego poznania hibernacji, są silnym bodźcem do poświęcenia temu zagadnieniu więcej uwagi oraz środków. Pierwsi astronauci mają wyruszyć na Czerwoną Planetę po 2030 roku. Być może do tego czasu uda się dokonać znaczącego postępu w dziedzinie hibernacji.

 


Po niemal 60 latach, udało się potwierdzić istnienie księżyców Kordylewskiego

Naukowcy z Węgier opublikowali wyniki swojej pracy, która skupiała się na poszukiwaniach obłoków pyłowych w jednym z punktów libracyjnych. Przeprowadzone badania potwierdzają, że zespół odkrył dwa pyłowe pseudosatelity, znane jako księżyce Kordylewskiego.

 

W 1956 roku, polski astronom Kazimierz Kordylewski jako pierwszy zaobserwował pyłowe obłoki. 5 lat później, udało mu się nawet sfotografować dwa obłoki w punkcie libracyjnym L5, około 400 tysięcy kilometrów od Ziemi.

 

Struktury te są jednak bardzo słabo widoczne i ekstremalnie trudne do wykrycia, dlatego wielu naukowców wątpiło w ich istnienie. Węgierscy badacze postanowili raz na zawsze potwierdzić obecność księżyców Kordylewskiego.

Rozmieszczenie puntów libracyjnych w układzie Ziemia-Słońce

Gábor Horváth z Uniwersytetu Eötvös Loránd i jego zespół najpierw wymodelował obłoki Kordylewskiego, aby ustalić, jak te nieuchwytne struktury formują się i w jaki sposób można byłoby je namierzyć, gdyby szukano ich z wykorzystaniem filtrów polaryzacyjnych. Następnie skorzystano z prywatnego obserwatorium, należącego do Judit Slíz-Balogh, w którym zamontowano liniowe filtry polaryzacyjne i sfotografowano region w punkcie libracyjnym L5, w którym powinny znajdować się księżyce Kordylewskiego.

 

Na wykonanych zdjęciach zauważono światło spolaryzowane, odbite od pyłu, które rozciąga się poza pole widzenia obiektywu kamery. Po dogłębnych badaniach, naukowcy potwierdzili, że udało się zaobserwować te same pyłowe obłoki, które kiedyś widział Kazimierz Kordylewski. Pseudosatelity, choć są bardzo blisko Ziemi, pozostawały nieuchwytne przez niemal 60 lat. Węgierscy naukowcy będą kontynuować badania, aby ustalić, czy księżyce Kordylewskiego mogą stanowić zagrożenie dla instrumentów naukowych i astronautów.

 


Nowy amerykański superkomputer Sierra to jedna z najszybszych maszyn na świecie

Stany Zjednoczone ujawniły nowy superkomputer – Sierra. Maszyna została wyprodukowana przez Lawrence Livermore National Laboratory – jeden z czołowych amerykańskich instytutów naukowo-badawczych w zakresie nauk stosowanych. Superkomputer Sierra to trzeci najpotężniejszy superkomputer na świecie.

 

Prace nad nową supermaszyną zajęły 4 lata i pochłonęły około 200 milionów dolarów. Superkomputer został uruchomiony w laboratorium rządowym w Kalifornii i będzie między innymi symulował testy broni jądrowej, która znajduje się w arsenale Stanów Zjednoczonych. Sierra posiada moc obliczeniową 125 petaflopsów i zajął trzecie miejsce w zestawieniu TOP500.

 

Nowy komputer składa się z 240 serwerów i 4320 węzłów, a każdy węzeł posiada po dwa czterordzeniowe procesory IBM Power9, cztery procesory graficzne Nvidia Tesla Tensor Core V100 i interkonekt Mellanox EDR InfiniBand. Sierra posiada do swojej dyspozycji 1,38 petabajta pamięci i pobiera zaledwie 11-12 MW mocy – to zdecydowanie mniej od najlepszych supekomputerów.

Pierwsze miejsce w zestawieniu TOP500 wciąż zajmuje superkomputer Summit o mocy obliczeniowej 200 petaflopsów, który został wyprodukowany przez firmę IBM i Oak Ridge National Laboratory. Summit jest znacznie lepszy od chińskiego superkomputera Sunway TaihuLight, którego teoretyczna moc obliczeniowa wynosi 125 petaflopsów. Nowy superkomputer Sierra znalazł się na trzecim miejscu i jest niewiele słabszy od konkurenta z Chin.

 

Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Chinach, trwają prace nad nowymi superkomputerami, których moc obliczeniowa będzie wynosić 1000 petaflopsów, czyli jeden eksaflops. Jako ciekawostkę warto dodać, że Unia Europejska przyłączyła się do tego wyścigu i aktualnie pracuje nad superkomputerem o mocy obliczeniowej jednego eksaflopsa w ramach projektu EuroHPC. Europejska upermaszyna zostanie ukończona w latach 2022-2023.

 


Sztuczna inteligencja stworzyła obraz, który sprzedano za ogromną sumę pieniędzy

Sztuczna inteligencja znalazła właśnie kolejne intrygujące zastosowanie – można ją wykorzystać jako maszynę do zarabiania pieniędzy. Zupełnie legalnie! Zespół francuskich informatyków opracował specjalny algorytm, który po odpowiednim przeszkoleniu stworzył obraz. Dzieło zostało następnie wystawione na aukcję, na której zarobiono grube pieniądze.

<--break->

Obraz pt.: „Portrait of Edmond de Belamy” został wygenerowany przez sieć neuronową GAN (Generative Adversarial Network). Informatycy z paryskiego kolektywu Obvious Art przeszkolili sztuczną inteligencję, zapewniając jej zestaw danych, zawierający 15 tysięcy różnych obrazów, namalowanych między XIV a XX wiekiem. Następnie algorytm stworzył swój własny obraz.

 

Dzieło wystawiono w londyńskim domu aukcyjnym Christie's. Wstępnie szacowano, że obraz zostanie zakupiony w cenie od 7 tysięcy do 10 tysięcy dolarów. Okazało się jednak, że kilka osób było szczególnie zainteresowanych obrazem, wykonanym przez sztuczną inteligencję, a zakupu ostatecznie dokonała osoba anonimowa za astronomiczną kwotę 432,500 dolarów.

 

Sztuczna inteligencja znajduje coraz więcej zastosowań praktycznie w każdej dziedzinie życia. Teraz przekonaliśmy się, że z jej pomocą można zarobić prawdziwe kokosy, a dzisiejsi artyści mogą tworzyć dzieła sztuki, generując je komputerowo - bez farby i pędzli.

 


Naukowcy chcą dokonać niemożliwego. Za kilka lat, w kosmosie może narodzić się pierwszy człowiek

Ekspansja ludzkości w Układzie Słonecznym wydaje się być nieunikniona – państwowe agencje kosmiczne i prywatne firmy ścigają się o to, która z nich jako pierwsza wyśle ludzi w kosmos celem skolonizowania innej planety lub Księżyca. Jednak zanim do tego dojdzie, naukowcy chcą się przede wszystkim upewnić, czy w warunkach kosmicznych, człowiek może się w ogóle rozmnażać. Okazuje się, że już w kolejnych latach możemy poznać odpowiedź na to pytanie.

 

Holenderska firma SpaceLife Origin ogłosiła bardzo śmiałe plany. Już w ciągu 6 lat narodzi się pierwszy „człowiek pozaziemski”. Przełomowy i dość kontrowersyjny eksperyment zostanie poprzedzony odpowiednimi badaniami i przygotowaniami.

 

SpaceLife Origin chce zapoczątkować istnienie pierwszego pokolenia kosmicznych ludzi. Założyciel firmy, Kees Mulder twierdzi, że jeśli mamy stać się gatunkiem międzyplanetarnym to musimy nauczyć się rozmnażać w kosmosie. Tylko czy to jest w ogóle możliwe?

W ramach pierwszego etapu „Missions Ark”, który rozpocznie się w 2020 roku, SpaceLife Origin wyśle na orbitę satelitę wraz z tysiącem zabezpieczonych przed radiacją kosmiczną specjalnych pojemników. Naukowcy umieszczą w nich męskie i żeńskie komórki rozrodcze. W ten sposób planuje się zadbać o przyszłość gatunku ludzkiego na wypadek globalnej katastrofy.

Źródło: SpaceLife Origin

W 2021 roku rozpocznie się kolejna faza eksperymentu o nazwie „Missions Lotus”. SpaceLife Origin dostarczy na orbitę specjalny inkubator. Urządzenie będzie symulować warunki panujące na Ziemi. Zawarte w nich plemniki i komórki jajowe zaczną tworzyć embriony. Innymi słowy, dojdzie do zapłodnienia w kosmosie, a po kilku dniach na orbicie, inkubator powróci na Ziemię. Specjaliści nie tylko przebadają stan zarodków, ale także wykorzystają je, aby na naszej planecie narodził się pierwszy człowiek, który został poczęty w kosmosie.

 

W 2024 roku odbędzie się trzeci, ostatni etap o nazwie „Missions Cradle”. SpaceLife Origin na drodze eliminacji wybierze jedną kobietę, która poleci na orbitę wraz ze światowej sławy grupą lekarzy. W trakcie wielogodzinnego zabiegu, kobieta urodzi pierwsze „kosmiczne dziecko”, które po odpowiednich badaniach wraz z matką zostanie odesłane na Ziemię.

Zdaniem wielu naukowców, długotrwałe misje kosmiczne mogą mieć negatywny wpływ na zdrowie człowieka. Możliwość uodpornienia się na warunki kosmiczne wydaje się raczej mało prawdopodobna i trudno teraz stwierdzić, czy człowiek narodzony w kosmosie będzie na dłuższą metę zdrowy. Jednak jeśli mamy zostać gatunkiem międzyplanetarnym, eksperymenty tego typu prędzej czy później muszą zostać przeprowadzone. Dziś rodzimy się na Ziemi, jutro będziemy rodzić się na orbicie, a w przyszłości być może nawet na innych planetach.

 

Więcej: https://spacelifeorigin.com/en


Opracowano wyjątkowy „koktajl lekowy” na długowieczność

Zespół badawczy z Yale-NUS College w Singapurze przygotował odmładzający „koktajl lekowy” - kombinację różnych środków farmaceutycznych. Co więcej, naukowcy przeprowadzili eksperymenty na nicieniach i odkryli, że ich preparat może zapewniać zdrowe i długie życie.

 

Dr Jan Gruber i jego zespół stworzył mieszaninę kilku związków, które znane są ze swoich właściwości odmładzających. Dodano między innymi rapamycynę, którą podaje się pacjentom po przeszczepach, aby zapobiec odrzuceniu narządów przez układ odpornościowy. Poprzednie badania wykazały, że ta sama rapamycyna wydłuża żywotność wielu organizmów, w tym nicieni Caenorhabditis elegans, muszek owocówek i myszy.

 

Dr Gruber wypróbował więc swoją mieszankę leków na nicieniach Caenorhabditis elegans. Okazało się, że zespół z Yale-NUS College trafił na idealną kombinację leków, która spotęgowała efekty prozdrowotne i odmładzające. Dwa dodane związki znacząco wydłużyły oczekiwany czas życia nicieni, czego nie udałoby się osiągnąć po podaniu ich z osobna, natomiast w połączeniu z trzecim związkiem, średnia oczekiwana długość życia została niemal podwojona. Jeszcze żaden zespół nie zdołał osiągnąć takich efektów po podaniu jakichkolwiek leków.

Caenorhabditis elegans – źródło: Dr Jan Gruber

Co istotne, podanie „koktajlu lekowego” nie wywarło żadnego negatywnego efektu na zdrowie nicieni. Wszystkie robaki, bez względu na wiek, były zdrowsze i zachowały zdrowie przez większość wydłużonego czasu życia.

 

Singapurscy naukowcy nie ukrywają, że ich celem jest opracowanie złotego leku na długie i zdrowe życie. Badacze wskazują, że długowieczność bez chorób przyniesie istotne korzyści medyczne i ekonomiczne – państwo będzie mogło zaoszczędzić ogromne sumy na opiece medycznej.

 

Kolejne badania będą skupiały się między innymi na dopracowaniu tej formuły i przetestowaniu wielu innych kombinacji leków. Ostatecznym celem jest stworzenie specjalnych terapii lekowych, które będą bezpieczne i zapewnią ludziom długie życie.

 


Ludzkość ma tylko 50% szans na przeżycie XXI wieku, twierdzi brytyjski kosmolog

Nasza cywilizacja rozwija się w zawrotnym tempie, lecz w tym samym czasie pojawia się coraz więcej zagrożeń. Sztuczna inteligencja, wojna nuklearna, globalna pandemia, bioterroryzm, nadużywanie zasobów naturalnych Ziemi - to tylko niektóre z nich. Biorąc to wszystko pod uwagę, znany brytyjski kosmolog oszacował, że cywilizacja ludzka ma raczej niewielkie szanse na przeżycie obecnego stulecia.

 

W książce pt.: „Our Final Hour”, wydanej w 2003 roku przez Martina Reesa, brytyjski naukowiec stwierdził, że ludzkość ma tylko 50% szans na przeżycie XXI wieku. Co prawda, od tego czasu minęło kilkanaście lat, ale Rees wydał właśnie nową książkę pt.: „On the Future: Prospects for Humanity”, w której napisał, że wszystkie decyzje, jakie zostaną podjęte teraz i w ciągu kilku kolejnych dekad, mogą decydować o życiu na Ziemi.

 

Martin Rees z zaniepokojeniem wskazuje na rozwój technologiczny, który sprawił, że teraz zaledwie kilka osób może wyrządzić ogromne szkody na skalę globalną. Może to być fatalny w skutkach atak hakerski, czy wykorzystanie zabójczej broni biologicznej, która może zapoczątkować globalną pandemię. Innym zagrożeniem jest inżynieria genetyczna, która już dziś pozwala modyfikować geny dowolnych organizmów. Tak jak ostrzegał Stephen Hawking, garstka ludzi może zacząć edytować swoje geny, dzięki czemu staną się silniejsi, zdrowsi i bardziej inteligentni, co między innymi pogłębi nierówności społeczne.

Martin Rees - źródło: BBC Radio 4/CC BY-NC 2.0

W najnowszym wywiadzie dla portalu Vox, brytyjski astronom i kosmolog Martin Rees powiedział, że podtrzymuje swoje przewidywania z 2003 roku, ale dziś jest jeszcze bardziej zaniepokojony zachodzącymi zmianami. Dzięki nowym technologiom, ludzkość otrzymała jeszcze potężniejsze narzędzia, którymi z jeszcze większą łatwością może sama sobie wyrządzić krzywdę, przez co jesteśmy o kolejny krok bliżej do globalnej katastrofy.

 

Astronom Martin Rees uważa, że największe zagrożenia dla naszej cywilizacji pochodzą od nas samych, a nie z kosmosu. Bardziej niż upadku asteroidy obawia się ludzkiej głupoty, chciwości i popełnianych błędów. Zagrożenia pochodzące od ludzi stają się coraz większe, a wielu z nich nie da się wyeliminować.

 

Brytyjski kosmolog wskazał również, że około miliard ludzi żyje dziś w skrajnej nędzy, podczas gdy zaledwie kilka tysięcy najbogatszych osób na całym świecie posiada niewyobrażalny majątek. Różnice te ciągle się pogłębiają i nikt nic z tym nie robi. Według Martina Reesa, powyższa kwestia pokazuje, że ludzkość dokonała bardzo małego postępu moralnego od czasu średniowiecza.

 


Niemieccy fizycy stworzyli kondensat Bosego-Einsteina w kosmosie

W Szwecji przeprowadzono unikalny eksperyment. Zespół niemieckich naukowców wytworzył kondensat Bosego-Einsteina w niewielkim chipie, który wyniesiono w kosmos na pokładzie rakiety.

 

W zeszłym tygodniu, naukowcy zaprezentowali wyniki swoich badań, które odbyły się w styczniu 2017 roku. Niemieccy fizycy, którymi przewodził zespół z Uniwersytetu Gottfrieda Wilhelma Leibniza w Hanowerze, jako pierwsi zdołali wytworzyć kondensat Bosego-Einsteina w kosmosie.

 

Kondensat Bosego-Einsteina powstaje, gdy atomy gazu zostają schłodzone do ekstremalnie niskiej temperatury, zbliżonej do zera absolutnego. Naukowcy preferują eksperymenty w przestrzeni kosmicznej, gdzie efekty kwantowe można obserwować minutami. Na Ziemi, z powodu grawitacji, badania trwają zaledwie kilka sekund.

Źródło: Niemiecka Agencja Kosmiczna/Uniwersytet Gottfrieda Wilhelma Leibniza w Hanowerze

Eksperyment odbył się 23 stycznia 2017 roku w Centrum Kosmicznym Esrange – bazie rakietowej, znajdującej się w północnej Szwecji. Zespół wyniósł na pokładzie rakiety meteorologicznej MAIUS-1 małą kapsułę z chipem, zawierającym atomy rubidu-87, na wysokość 243 km nad powierzchnią Ziemi.

Źródło: MAIUS/J Matthias

Rakieta wraz z chipem spadała swobodnie przez 6 minut. W tym czasie, naukowcy wytworzyli kondensat Bosego-Einsteina, schładzając atomy rubidu-87 do temperatury -237,15 stopnia Celsjusza, a następnie przeprowadzili 110 eksperymentów. Badacze wykazali, że kondensat Bosego-Einsteina może posłużyć do wykrywania fal grawitacyjnych.

 

Kilka miesięcy temu, agencja NASA wytworzyła swój własny kondensat Bosego-Einsteina w Cold Atom Lab – urządzeniu, które zostało umieszczone na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Zarówno NASA, jak i niemieccy naukowcy kontynuują swoje badania w tym zakresie.

 

Źródła:

https://www.nature.com/articles/s41586-018-0605-1

https://phys.org/news/2018-10-bose-einstein-condensate-space.html


Naukowcy potwierdzili, że wewnętrzne jądro Ziemi jest ciałem stałym

Naukowcy z Australijskiego Uniwersytetu Narodowego (ANU) uzyskali bezpośredni dowód, który potwierdza, że wewnętrzne jądro Ziemi jest ciałem stałym. Wyniki najnowszych badań mogą pomóc zrozumieć, w jaki sposób powstała nasza planeta.

 

Adjunkt Hrvoje Tkalčić oraz dr hab. Than-Son Phạm opracowali metodę wykrywania fal poprzecznych w wewnętrznym jądrze Ziemi. Są to fale, które mogą rozchodzić się tylko w ciałach stałych. Naukowcy przeanalizowali podobieństwa między sygnałami, wyemitowanymi przez silne trzęsienie ziemi, które zarejestrowały dwa sejsmografy. Ten sam zespół zastosował w przeszłości podobną technikę, aby zmierzyć grubość lodu na Antarktydzie.

Badacze z Australijskiego Uniwersytetu Narodowego skupili się na danych, które zostały zebrane przez odbiorniki w czasie od 3 do 10 godzin po wystąpieniu potężnego trzęsienia ziemi. Uwzględniono zatem tylko te słabe sygnały. Następnie sprawdzono podobieństwa między sygnałami, odbieranymi przez sejsmografy.

 

Badania wykazały, że wewnętrzne jądro Ziemi rzeczywiście jest ciałem stałym i jest bardziej „miękkie” niż przypuszczano – jego sprężyste właściwości są nieco zbliżone do złota i platyny. Jednak wciąż jeszcze wielu rzeczy nie wiemy o wewnętrznym jądrze, np. o jego temperaturze i wieku. Im lepiej je poznamy, tym więcej dowiemy się o historii naszej planety.

 


Chiny ujawniły największy na świecie dron transportowy

Chińska Akademia Technologii Elektroniki Lotniczej (CAAET) przeprowadziła udany test największego na świecie drona komercyjnego. Bezzałogowiec o nazwie Feihong-98 (FH-98) wykonał swój pierwszy lot testowy w Mongolii Wewnętrznej w północnych Chinach.

 

Wielka bezzałogowa maszyna z powodzeniem wystartowała z portu lotniczego Baotou. Jej pierwszy lot testowy odbył się we wtorek, 16 października.

Feihong-98 to pierwszy chiński samolot transportowy krajowej produkcji - następca samolotu Shifei Y5B, który wykonał swój pierwszy lot w 1957 roku i od tego czasu był powszechnie stosowany. Wykonano go na wzór radzieckiej maszyny An-2. Feihong-98 jest również największym na świecie bezzałogowym samolotem transportowym o ładowności do 1500 kg, który rozwija prędkość do 180 km/h i posiada zasięg do 1200 km.

Dron Feihong-98 będzie mógł transportować towary do odległych obszarów, zlokalizowanych w trudnych warunkach terenowych. Nowa maszyna znajdzie też zastosowanie przy udzielaniu szybkiej pomocy do regionów dotkniętych klęską żywiołową.