Czerwiec 2018

Robot chirurgiczny po raz pierwszy wykonał operację oka

Wyspecjalizowane roboty medyczne coraz częściej są wykorzystywane do różnych, nawet tych bardziej skomplikowanych zabiegów. Maszyny tego typu potrafią wykonywać czynności w sposób niezwykle precyzyjny. Dowodem na to jest sukces naukowców z Uniwersytetu Oksfordzkiego, którzy wykorzystali robota do operacji oka.

 

W 2016 roku, zespół z Departamentu Neurobiologii Klinicznej Nuffield, który należy do Uniwersytetu Oksfordzkiego, rozpoczął testy kliniczne robota PRECEYES Surgical System. Jest on przeznaczony do wykonywania zabiegów chirurgicznych na siatkówce oka. Maszynę obsługuje się z pomocą manipulatora drążkowego (tzw. dżojstika), a do jej zrobotyzowanego ramienia można przymocować dowolny instrument.

 

Podczas testów klinicznych, lekarze wykonali zabiegi w sumie na 12 pacjentach. Polegały one na usunięciu rozrastającej się z tyłu oka membrany. W sześciu przypadkach zastosowano robota chirurgicznego, a w pozostałych, lekarze wykonali zabieg ręcznie.

Źródło: Uniwersytet Oksfordzki/Departament Neurobiologii Klinicznej Nuffield

Wszystkie operacje zakończyły się sukcesem, jednak zastosowanie tego systemu chirurgicznego sprawiło, że zabiegi były łatwiejsze w wykonaniu, a ruchy były precyzyjniejsze. Operacje z udziałem robota trwały dłużej, ponieważ lekarze nie byli z nim zaznajomieni, ale były bezpieczniejsze.

 

Naukowcy zainteresowali się możliwościami, jakie oferuje PRECEYES Surgical System i zamierzają wykorzystać go również w innych procedurach. Na początku 2019 roku odbędzie się pierwsza terapia genowa z udziałem wspomnianego robota. Maszyna dostarczy geny do siatkówki pacjenta. Zdaniem naukowców, robot chirurgiczny pomoże również przeprowadzić zabiegi, których normalnie nie da się wykonać.

 


W ciągu dekady, USA zrobotyzują swoją armię

Od dawna wiadomo, że Stany Zjednoczone zamierzają w znacznie większym stopniu polegać na uzbrojonych maszynach. Teraz znalazło to potwierdzenie w oficjalnym dokumencie armii, który opisuje wizję przyszłych zrobotyzowanych sił zbrojnych. Dowiadujemy się w nim, że w ciągu jednej dekady, wyposażone w broń zaawansowane roboty staną się integralną częścią wojska.

 

Jak wskazuje Sekretarz US Army, Mark Esper, robotyka może fundamentalnie odmienić charakter wojny i każdy, kto wprowadzi autonomiczne systemy bojowe, będzie miał unikalną przewagę w walce z przeciwnikiem. Jest to fakt, któremu ciężko zaprzeczyć. Powodów jest wiele – robotyzacja oznacza mniejsze straty w ludziach, mniejsze koszty utrzymania oraz zwiększenie skuteczności działań. Zamiast wysyłać ludzi na wojnę i narażać ich na śmierć, wystarczy zająć się masową produkcją robotów. Żołnierze będą mogli zostać w bazie, a „ginąć” będą maszyny.

 

Już od dawna możemy obserwować ogromne zainteresowanie robotami bojowymi. Stany Zjednoczone od wielu lat korzystają z tej technologii w postaci dronów, którymi można sterować z bezpiecznej odległości. Jeśli maszyna zostanie zestrzelona – to nic, można przecież wyprodukować kolejną.

 

Nic więc dziwnego, że robotyzacja jest wręcz pożądana przez największe mocarstwa na świecie. Stany Zjednoczone ujawniły swoją strategię na następne 10 lat i dowiadujemy się, że przyszła amerykańska armia będzie w dużym stopniu polegać na autonomicznych i półautonomicznych robotach bojowych. Będą przede wszystkim walczyć i wspomagać żołnierzy, ale też dostarczać różnego rodzaju sprzęt. USA chcą zintegrować wojska lądowe z robotami.

Robot Gladiator – US Army

Jak wynika z wypowiedzi Marka Espera, Stany Zjednoczone będą kładły ogromny nacisk na rozwój bezzałogowych systemów bojowych – zarówno latających, jak i naziemnych. Zaznaczył również, że człowiek nadal będzie sprawował pewną kontrolę nad maszynami. Do 2028 roku, roboty zostaną na stałe wcielone do armii i z ich pomocą, Stany Zjednoczone chcą wygrywać wszystkie przyszłe wojny.

 


Samsung Galaxy X będzie posiadał wyginany ekran i przeraźliwie wysoką cenę

Dowiadujemy się kolejnych szczegółów w sprawie pierwszego na świecie smartfona z elastycznym ekranem. Korporacja Samsung pracuje nad przełomowym urządzeniem od kilku lat. Nie wiemy jeszcze jak dokładnie będzie wyglądał, ale poznaliśmy już przybliżoną datę premiery oraz jego prawdopodobną cenę. Niestety nie jest zbyt zadowalająca.

 

Samsung Galaxy X ma być pierwszym giętkim smartfonem, jaki pojawi się na rynku. Wygląda na to, że faktycznie będzie to technologia, na którą wszyscy czekali. Początkowo Samsung zapowiadał, że nowy telefon pojawi się w 2018 roku, lecz teraz ponownie przełożył datę z powodu ciągłych prac nad ulepszeniem smartfona, co jest zresztą zrozumiałe.

Dobrą informacją podzielił się Park Hyung-woo, analityk z Shinhan Financial. Dowiedzieliśmy się, że dostawy części dla nowego urządzenia będą napływać do odpowiedniego wydziału Samsung Electronics najwcześniej w listopadzie, zaś firma wprowadzi telefon na rynek w przyszłym roku. Park zdradził również, że nowe urządzenie będzie posiadać dwa wewnętrzne panele i jeden zewnętrzny. W trybie złożonym będziemy mieć 4,5-calowy wyświetlacz, a po rozłożeniu otrzymamy 7,3-calowy wyświetlacz.

Źródło: Coroflot

Druga informacja może przyprawić o ból głowy. Kim Jang-yeol z Golden Bridge Investment powiadomił, że sugerowana cena detaliczna za najnowszy składany telefon Samsunga wyniesie około 2 miliony wonów południowokoreańskich, to jest nieco ponad 1800 dolarów. W przeliczeniu na naszą walutę wychodzi, że za pierwszy wyginany smartfon musielibyśmy zapłacić ponad 6700 złotych!

 

Oczywiście znajdą się nieliczni, którzy zgodzą się zapłacić astronomiczną kwotę za taki telefon, ale czy warto? Na dzień dzisiejszy trudno powiedzieć na ile jest to opłacalne – nie widzieliśmy go jeszcze na oczy, nie znamy jego parametrów i przede wszystkim nie wiemy jaką będzie posiadał wytrzymałość. Samsung musi zadbać, aby przyszły smartfon był odporny na wyginanie i nie rozleciał się po kilku miesiącach używania.

 


Sztuczna inteligencja ustaliła, kto wygra Mundial 2018

Kilka dni temu rozpoczęły się długo oczekiwane mistrzostwa świata w piłce nożnej, które tym razem odbywają się w Rosji. Wszyscy fani tej popularnej dyscypliny sportowej zastanawiają się, kto tym razem dostanie się do finału i zwycięży; czyja reprezentacja okaże się najlepszą na świecie. Oczywiście możemy cierpliwie zaczekać do finału, ale sztuczna inteligencja już poznała odpowiedź.

 

W internecie możemy się doszukać, że firmy bukmacherskie obstawiają na Brazylię jako głównego faworyta mistrzostw świata w piłce nożnej. Na drugim miejscu znalazły się Niemcy. Trudno powiedzieć, kto właściwie ma największe szanse. Możemy jedynie zgadywać.

 

Jednak naukowcy z belgijskiego Uniwersytetu w Gandawie oraz niemieckiego Uniwersytetu Technicznego w Monachium i Uniwersytetu Technicznego w Dortmundzie wspólnie opracowali sztuczną inteligencję, którą wykorzystali do „przewidzenia przyszłości”. Aby tego dokonać, ich program dokładnie przeanalizował wszystkie statystyki z poprzednich turniejów piłki nożnej i wziął pod uwagę wiele różnych czynników, a następnie przeprowadził ponad 100 tysięcy symulacji.

 

Co się okazało? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Według algorytmu, największe szanse na zwycięstwo mają Hiszpania (17,8%) i Niemcy (17,1%). Jeśli te dwie drużyny natrafią na siebie podczas finałów to powinna wygrać Hiszpania. Sztuczna inteligencja wyliczyła, że reprezentacja Niemiec ma stosunkowo małe szanse na wejście do ćwierćfinału – tylko 58%. Z kolei Brazylia, na którą stawiają bukmacherzy, znalazła się na trzecim miejscu z szansą 12,3% na zdobycie mistrzostwa świata.

Warto również dodać, że na 15. miejscu znalazła się Polska. Według tego algorytmu, reprezentacja naszego państwa ma 18,9% szans na wejście do ćwierćfinału, 6,8% szans na półfinał, 2,3% szans na finał i niestety tylko 0,8% szans na mistrzostwo. Oczywiście nie powinniśmy traktować zbyt poważnie powyższych wyników. Piłka nożna bywa nieobliczalna. Kto wygra - tego nie wie nikt. To tajemnica mundialu Smile

 


Cyjanobakterie mogą pomóc w terraformacji Marsa

Człowiek jest przystosowany do życia na Ziemi. Mars jest dla nas bardzo nieprzyjazny między innymi ze względu na brak tlenu w atmosferze. Jednak naukowcy uważają, że niebezpieczne dla człowieka cyjanobakterie mogą pomóc skolonizować Czerwoną Planetę.

 

Badania przeprowadzone przez zespół z Australijskiego Uniwersytetu Narodowego skupiały się na niesamowitych umiejętnościach przetrwania cyjanobakterii w ekstremalnych warunkach. Konkretniej, naukowcy zajmowali się bakteriami Chroococcidiopsis. Wykazano, że kluczem do ich przetrwania jest zdolność do fotosyntezy nawet przy bardzo słabym oraz czerwonym świetle.

 

Ciekawostką jest, że niektóre rodzaje cyjanobakterii, które znaleziono na Antarktydzie czy na pustyni Mojave w Kalifornii, potrafiły przetrwać będąc w kosmosie na powierzchni Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.

Źródło: NASA

Australijscy naukowcy wskazują, że to właśnie dzięki cyjanobakteriom, ziemska atmosfera jest bogata w tlen. Dlatego proponują oni, abyśmy wysłali je na Czerwoną Planetę, gdzie być może uda im się stworzyć tlenową atmosferę. Możliwości adaptacyjne cyjanobakterii ułatwiłyby terraformację Marsa – tj. przekształcenie planety w drugą Ziemię.

 


Naukowcy proponują, aby uznać czarne dziury za tunele czasoprzestrzenne

Czarne dziury to obiekty pełne zagadek dla współczesnej nauki. Wciąż niewiele o nich wiemy - nie mamy pojęcia jak wyglądają i co dzieje sie z materią, którą wchłaniają. Potrafimy jednie obserwować skutki ich działalności. Naukowcy nie są w stanie zrozumieć tych tajemniczych kosmicznych obiektów i proponują kolejne hipotezy. Najnowsza z nich zakłada, że czarne dziury to tunele czasoprzestrzenne.

 

Zaproponowana przez naukowców z Katolickiego Uniwersytetu w Leuven w Belgii nowa teoria zakłada, że czarne dziury to zasadniczo tunele czasoprzestrzenne, które służą jako korytarze do innych wszechświatów. Jednym z głównych powodów, które doprowadziły do ​​tego założenia, jest nierozwiązany problem związany z naturą czarnych dziur. 

 

Chodzi o to, że nie wiadomo co dzieje się z materią po przekroczeniu horyzontu zdarzeń czarnej dziury. Jedna z hipotez zakłada, że materia jest prawdopodobnie niszczona. Jednak takie całkowite zniszczenie materii wraz z "informacją", którą ona reprezentuje, nie odpowiada zasadom mechaniki kwantowej, która stwierdza, że takiej ​​"informacji" nie można stworzyć ani niszczyć.

Zespół naukowców z Uniwersytetu w Leuven zasugerował, że w rzeczywistości czarne dziury działają w taki sposób jak tunele. Na przykład obserwację fal grawitacyjnych po łączących się dwóch czarnych dziurach, można wytłumaczyć kolizją wirujących tuneli czasoprzestrzennych. 

 


Nowe panele słoneczne z perowskitów są wydajniejsze od krzemowych

Szwajcarscy naukowcy opracowali hybrydowe panele słoneczne, które z powodzeniem mogłyby rywalizować z ogniwami krzemowymi. W wyniku współpracy specjalistów z Politechniki Federalnej w Lozannie oraz Centrum Elektroniki i Mikrotechnologii powstały panele krzemowo-perowskitowe o rekordowej dla siebie wydajności 25,2%.

 

Przeciętna wydajność paneli słonecznych opartych o krzem wynosi 20-22%. Są to najbardziej rozpowszechnione ogniwa, które stanowią aż 90% rynku. Niestety, panele tego typu, choć charakteryzują się atrakcyjną ceną i wydajnością, osiągnęły już teoretycznie maksimum swoich możliwości.

 

Dlatego naukowcy poszukują alternatywnych rozwiązań. Jedno z nich zakłada połączenie dwóch rodzajów ogniw słonecznych, aby zwiększyć wydajność konwersji energii promieniowania słonecznego na energię elektryczną. Wykonanie takich paneli było stosunkowo drogie, przynajmniej dotychczas. Naukowcy ze Szwajcarii dokonali przełomu i zaprezentowali ekonomicznie konkurencyjne rozwiązanie.

 

Ich metoda zakłada nałożenie ogniwa perowskitowego na ogniwo krzemowe. Można tego dokonać w trakcie standardowej produkcji krzemowych paneli słonecznych. Perowskity zwykle nakłada się w postaci płynnej, jednak nie sprawdziłoby się to w przypadku ogniw krzemowych, które posiadają na swojej powierzchni mikroskopijnej wielkości piramidy, a chodzi o to, aby je w pełni pokryć. W przeciwnym wypadku dochodziłoby do zwarć. Naukowcy opracowali więc metodę parowania, aby utworzyć nieorganiczną warstwę bazową, która skutecznie pokrywa krzemowe piramidy i jest porowata, co pozwala zachować ciekły roztwór organiczny. Na koniec, badacze podgrzewają substrat do temperatury 150 stopni Celsjusza, aby wykrystalizować jednorodną warstwę perowskitu na wierzchu mikroskopijnych piramid.

Źródło: EPFL/CSEM

Ta obiecująca technologia cechuje się wydajnością na poziomie 25,2%, a zatem przewyższa standardowe krzemowe ogniwa słoneczne. Co więcej, wynalazcy twierdzą, że ich hybrydowe panele mogą wkrótce osiągnąć efektywność nawet 30%, co w połączeniu ze stosunkowo niewielkimi kosztami wyprodukowania takiego ogniwa wydaje się być doskonałą alternatywą dla typowych krzemowych odpowiedników.

 


Rozpoczęto modernizację Wielkiego Zderzacza Hadronów

Ośrodek CERN powiadomił o rozpoczętej modernizacji Wielkiego Zderzacza Hadronów, dzięki której akcelerator będzie mógł zderzać jeszcze więcej cząstek. Gdy modernizacja dobiegnie końca, maszyna zostanie przekształcona w Wielki Zderzacz Hadronów o Dużej Świetlności (HL-LHC).

 

Akcelerator znajdujący się pod powierzchnią ziemi na terenie Francji i Szwajcarii składa się z dwóch 27-kilometrowych pierścieni, które przecinają się w czterech punktach. Fizycy zderzają w nich protony lub inne cząstki niemal z prędkością światła. Zachodzące tam procesy są rejestrowane przez detektory generujące olbrzymie ilości danych, które są następnie analizowane pod kątem różnych nietypowych zachowań.

 

Mówiąc krótko – im więcej akcelerator może wykonać kolizji na sekundę, tym szybciej dokonamy kolejnego odkrycia. Aktualnie Wielki Zderzacz Hadronów może generować „tylko” miliard kolizji na sekundę. Jednak dzięki modernizacji, liczba ta wzrośnie nawet siedmiokrotnie.

Źródło: Julien Ordan/CERN

Jak donosi CERN, prace nad Wielkim Zderzaczem Hadronów o Dużej Świetlności dobiegną końca w 2026 roku. Wprowadzenie ulepszeń będzie jednak wymagało tymczasowego wyłączenia akceleratora, które może nastąpić pod koniec 2023 lub na początku 2024 roku.

 

Dzięki modernizacji, liczba zderzeń na sekundę wzrośnie z jednego miliarda do nawet siedmiu miliardów, natomiast w latach 2026-2036, naukowcy będą mogli pozyskać około 10 razy więcej danych. To oznacza dokładniejsze pomiary oraz możliwość badania niezwykle rzadkich zjawisk.

 


Astronomowie zobaczyli, jak czarna dziura pożera gwiazdę

Około 150 milionów lat świetlnych od Ziemi miało miejsce spektakularne zdarzenie. Astronomowie po raz pierwszy mieli okazję zobaczyć, jak odległa supermasywna czarna dziura pożera i rozrywa gwiazdę, która następnie wyrzuciła potężny strumień materii.

 

Z pomocą wielu teleskopów i radioteleskopów, naukowcy przyglądali się, jak czarna dziura o masie 20 milionów mas Słońca przyciągała do siebie gwiazdę dwukrotnie większą od Słońca. Zjawisko to miało miejsce w centrum jednej z dwóch zderzających się ze sobą galaktyk, które otrzymały nazwę Arp 299.

 

Gwiazda została przyciągnięta i rozerwana pod wpływem potężnej grawitacji, po czym w spektakularny sposób wyrzuciła strumień materii. Astronomowie po raz pierwszy w historii mieli okazję zobaczyć powstanie i ewolucję takiego strumienia.

Źródło: Sophia Dagnello, NRAO/AUI/NSF

Żeby było ciekawiej, badacze zarejestrowali pierwszy rozbłysk już na początku 2005 roku i prowadzili ciągłe obserwacje. Odkrycia dokonano przypadkiem w ramach projektu poszukiwania supernowych w zderzających się ze sobą galaktykach. Naukowcy od początku myśleli, że badane przez nich zjawisko było supernową i dopiero po wielu latach ustalili, że był to jednak dżet materii.

 


Nowy amerykański superkomputer Summit jest najszybszy na świecie

Po 5 latach, Stany Zjednoczone znów wychodzą na prowadzenie w wyścigu superkomputerów. Firma IBM oraz Oak Ridge National Laboratory zaprezentowali najnowszy superkomputer Summit, który jest najpotężniejszy na świecie i miażdży chińską konkurencję – przynajmniej na dzień dzisiejszy.

 

Prace nad nowym amerykańskim superkomputerem trwały przez kilka lat i pochłonęły 200 milionów dolarów. Summit składa się z 4608 węzłów – każdy z nich posiada po dwa 22-rdzeniowe procesory IBM Power9 i sześć procesorów graficznych Nvidia Volta GV100. Maszyna posiada do swojej dyspozycji łącznie ponad 10 petabajtów pamięci.

Źródło: Oak Ridge National Laboratory

Superkomputer Summit posiada moc obliczeniową 200 petaflopsów. To ponad 2 razy więcej od superkomputera Sunway TaihuLight, który dotychczas zajmował pierwsze miejsce na liście TOP500. Co więcej, Summit pobiera tylko 15 MW mocy – niewiele mniej od Sunway TaihuLight z poborem mocy 15,4 MW. Nowa superszybka maszyna zostanie wykorzystana między innymi do badań nad sztuczną inteligencją.

Źródło: Oak Ridge National Laboratory

Stany Zjednoczone cieszą się, że po latach znów wyszły na prowadzenie i pokonały konkurencję. Jednak ta radość nie potrwa długo. Chińscy naukowcy aktualnie pracują nad superkomputerem o mocy obliczeniowej jednego eksaflopsa, tj. 1000 petaflopsów. Tianhe-3 będzie więc 5 razy szybszy od amerykańskiej maszyny Summit. Chiński superkomputer zostanie oddany do użytku w 2020 roku, a Amerykanie po raz kolejny zostaną zdeklasyfikowani.