Wrzesień 2017

Autobus elektryczny firmy Proterra pokonał 1772 kilometry na jednym naładowaniu

Autobus Catalyst E2 Max firmy Proterra pobił światowy rekord w odległości, jaką pokonał na jednym naładowaniu akumulatora. 19 września, pojazd elektryczny przejechał dokładnie 1772 kilometry i nie zatrzymał się ani razu!

 

Osiągnięcie to zostało dokonane na torze testowym w amerykańskim stanie Indiana. Sekretem tego znaczącego sukcesu jest akumulator o pojemności 660 kWh. Gdy weźmiemy pod uwagę, że poprzedni rekord wynosił 1631 kilometrów i należał do niewielkiego eksperymentalnego pojazdu elektrycznego o nazwie Schluckspecht zrozumiemy, że mamy do czynienia z wielkim przełomem.

 

Pokonanie 1772 kilometrów przez autobus elektryczny to jedno - pojawia się oczywiście pytanie ile czasu może zajmować naładowanie akumulatora o takiej pojemności. Warto mieć jednak na uwadze, że przykładowo autobusy pasażerskie kursujące między miastami nie zużyłyby całej baterii w ciągu całego dnia, więc ładowanie akumulatorów mogłoby odbywać się nocą.

 

Co ciekawe, firma Proterra opracowała także system szybiego ładowania dla autobusów, dzięki czemu akumulator o pojemności 660 kWh zostanie naładowany do pełna w ponad godzinę. Kolejne osiągnięcia w tej dziedzinie sprawiają, że na ulicach miast będzie pojawiać się coraz więcej pojazdów elektrycznych, zaś pojazdów spalinowych będzie stopniowo ubywać.

 


Ile wart jest Księżyc?

Ziemia posiada tylko jednego naturalnego satelitę - jest nim Księżyc. Ciężko byłoby wyobrazić sobie jego utratę, gdyż wywiera on wpływy nie tylko na naszą planetę, ale także na nas samych. To dzięki niemu możemy obserwować takie zjawiska jak np. zaćmienie Słońca. To Księżyc sprawia, że noc nie jest czarna jak kawa. Lecz w dzisiejszym świecie niestety wszystko można spieniężyć - nawet Księżyc.

 

Większość z nas spogląda na Srebrny Glob z bardzo różnych przyczyn, ale na pewno nie z powodów finansowych. Na Ziemi istnieje jednak garstka ludzi, która coraz szybciej się powiększa i liczy, że pewnego dnia będzie mogła okraść Księżyc z jego zasobów. Rabunek ten przybrał definicję górnictwa kosmicznego.

 

Ponieważ zasoby Ziemi kurczą się w zastraszającym tempie ze względu na ich wzmożone wydobycie i wykorzystanie przyszedł czas, aby nasza cywilizacja zaczęła spoglądać w kierunku ciał niebieskich jeśli chce przetrwać kolejne dekady i stulecia. Cele dla przyszłych potencjalnych misji kosmicznych już zostały wyznaczone - teraz należy jedynie stworzyć możliwość wykonania lotu na asteroidę lub Księżyc, aby rozpocząć wydobycie surowców i zacząć transportować je na Ziemię.

 

W przypadku asteroidy pojawiały się propozycje, aby z pomocą najnowszych technologii odpowiednio zmodyfikować trajektorię lotu, tak aby orbitowała wokół Ziemi. Oczywiście jest to ryzykowne podejście, ponieważ ciało niebieskie może ewentualnie uderzyć w Ziemię. Dlatego pojawiają się sugestie, aby górnictwo kosmiczne rozpocząć na Księżycu, który jest wielki i znajduje się cały czas w pobliżu naszej planety.

Pamiętajmy, że zgodnie z traktatem o przestrzeni kosmicznej, który został przyjęty w 1967 roku, Księżyc nie może stać się własnością żadnego państwa, korporacji ani osoby prywatnej, zaś każde państwo na Ziemi posiada takie samo prawo do prowadzenia badań naukowych na Srebrnym Globie dla dobra wszystkich krajów. Nie wolno zatem tak po prostu polecieć na Księżyc i zająć sobie fragment terenu - chyba, że prawo dotyczące przestrzeni kosmicznej ulegnie zmianie. Jednak traktat nie reguluje kwestii wydobycia cennych minerałów, metali szlachetnych i surowców energetycznych.

 

Ciekawostką jest, że Amerykanin Dennis Hope założył w 1980 roku przedsiębiorstwo pod nazwą Ambasada Księżycowa. Jak sam stwierdził, odnalazł lukę we wspomnianym wcześniej traktacie i zaczął tak po prostu sprzedawać działki na Księżycu. Hope najwyraźniej trafił na bardzo dochodowy biznes, gdyż sprzedał ponad 2,5 miliona jednoakrowych działek w cenie 19,99 dolara za każdą (+ 1,51 dolara jako "podatek księżycowy" i 12,50 dolara za dostarczenie umowy do rąk właściciela), choć nie włożył w ten interes ani grosza. Ambasada Księżycowa utrzymuje, że posiada wyłączne prawo do sprzedaży terenów na Księżycu, a także na innych planetach Układu Słonecznego i w ogóle w całym kosmosie.

 

Brzmi to oczywiście niedorzecznie i tak też jest to traktowane. Jednak na tej podstawie moglibyśmy oszacować wartość powierzchni Srebrnego Globu. Biorąc pod uwagę, że Księżyc posiada powierzchnię 9,37 miliarda akrów, zaś jeden akr kosztowałby 20 dolarów możemy powiedzieć, że całkowita powierzchnia Srebrnego Globu jest warta około 187 miliardów dolarów. Kwestia ta nie ma zbyt wielkiego znaczenia, ponieważ dotyczy zakupu terytorium w kosmosie, czego traktat z 1967 roku wyraźnie zakazuje. Spróbujmy zatem ustalić, jak w tytule, ile wart jest Księżyc.

 

Nasz jedyny naturalny satelita zawiera wiele cennych pierwiastków, które w kosmosie będą posiadać zupełnie inną wartość niż na Ziemi. Zdaniem prawnika Jima Dunstana, jednym z nich jest woda, ponieważ można ją rozbić na tlen do oddychania dla ludzi oraz wodór, który może znaleźć zastosowanie w paliwie rakietowym. Dostarczanie wody z Ziemi na Księżyc wiązałoby się z ogromnymi kosztami - od 200 do nawet 800 tysięcy dolarów za kilogram. Niektóre szacunki wskazują, że Srebrny Glob może posiadać przynajmniej 600 milionów ton wody. Biorąc pod uwagę koszty transportu z Ziemi, Dunstan podsumowuje, że cała woda na Księżycu może posiadać wartość od 120 do 480 kwadrylionów dolarów.

 

Kolejny ważny pierwiastek to hel-3, który posiada ogromną wartość ze względu na jego niedobory na Ziemi. Izotop ten można wykorzystać jako paliwo w reaktorach fuzji jądrowej, dzięki czemu posiadalibyśmy praktycznie nieograniczone źródło energii. Na Księżycu jest go wystarczająco dużo, abyśmy mogli rozwiązać nasze problemy energetyczne. Mówiąc konkretniej, według szacunków, na Srebrnym Globie może znajdować się nawet 5 milionów ton helu-3, choć nie będziemy w stanie wydobyć wszystkiego, zaś jedyne 100 ton zapewniłoby energii dla mieszkańców planety na cały rok. Zatem ile może być wart cały hel-3 na Księżycu? Prawdopodobnie od kilkunastu do kilkudziesięciu kwadrylionów dolarów.

Źródło: Dassault Systèmes

Księżyc posiada również duże ilości metali z grupy platynowców - szacunkowo około 20 razy więcej niż na Ziemi, a także złoto, kobalt i żelazo warte tryliony dolarów. Wszystko to razem wzięte daje nam ogromną sumę pieniędzy rzędu setek kwadrylionów dolarów. Dokładnej kwoty nie da się ustalić, ponieważ wciąż zbyt mało wiemy na temat Księżyca i zawartych w nim pierwiastków. Obliczenia te opierają się niestety wyłącznie na prostych szacunkach. Pamiętajmy również, że na wartość całkowitą księżycowych metali i minerałów wpływa koszt zbudowania i dostarczenia maszyn specjalnie zaprojektowanych do pracy w kosmicznych warunkach, koszt wydobycia surowców i przetransportowania ich na Ziemię. Sprawa miałaby się inaczej, gdyby surowce księżycowe były wykorzystywane w przestrzeni kosmicznej.

 

Tak samo jest w przypadku helu-3. Wydobycie i przesłanie na Ziemię tego izotopu wiąże się z kosztami, tak samo jak zbudowanie sprawnego reaktora fuzyjnego, którego przecież nadal nie posiadamy. Mimo wszystko, górnictwo kosmiczne na dłuższą metę i tak okaże się opłacalne. Dlatego międzynarodowy wyścig w tej kwestii trwa od dawna a korporacja, która jako pierwsza sprowadzi na naszą planetę pierwsze surowce, zostanie zapisana na kartach historii - nie wspominając o obrzydliwych bogactwach z tym związanych.

 


Eksperci twierdzą, że świat może całkowicie przestawić się na energię odnawialną do 2050 roku

Wiele państw świata decyduje się na przejście z nieekologicznych źródeł energii na tzw. zieloną energię. Próbuje się zatem porzucić węgiel, ropę naftową i inne paliwa kopalne na rzecz energii odnawialnej i ekologicznej. Jest to oczywiście zadanie bardzo trudne do realizacji, ale pozostaje możliwe do wykonania. Takiego zdania są eksperci, którzy opracowali raport prezentujący indywidualne rozwiązania dla każdego ze 139 państw świata celem całkowitego przejścia na energię odnawialną najpóźniej w 2050 roku.

 

Specjaliści obliczyli, że w 2012 roku cała ludzkość zużyła 12,1 terawata energii, natomiast zapotrzebowanie na energię do 2050 roku wzrośnie do 20,6 terawata - zakładając, że wszystkie kraje na świecie nie zmieniłyby swojego podejścia w kwestii zaopatrywania się w energię. Jednak gdyby nastąpiła radykalna zmiana i wszyscy zaczęliby korzystać z odnawialnych źródeł energii, globalne zapotrzebowanie spadłoby do 11,8 terawata. Według naukowców, spadek ten wynikałby z tego, że elektryczność jest bardziej wydajna niż spalanie.

 

Jako przykład podano samochód elektryczny, którzy zgodnie z obliczeniami wykorzystuje 80-82% energii dla napędzania pojazdu, zaś reszta marnuje się w postaci ciepła. Z kolei w przypadku samochodu zasilanego benzyną tylko 17-20% energii idzie w napęd pojazdu - reszta marnowana jest jako ciepło. Co więcej, energia jest potrzebna także dla wydobycia, oczyszczenia i transportu paliw kopalnych, wykorzystywanych do jej pozyskiwania.

 

Mark Jacobson, dyrektor programu Atmosfera i Energia prowadzonego przez Uniwersytet Stanforda zajmował się w przeszłości problemami dotyczącymi zanieczyszczenia powietrza i wpływu na klimat poprzez pozyskiwanie nieekologicznych źródeł energii, natomiast od 1999 roku zaczął pracować nad rozwiązaniami. W 2009 roku, wraz z Markiem Delucchi, naukowcem z Instytutu Studiów Transportowych na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley opublikował raport, w którym wyjaśniono w jaki sposób cały świat mógłby przestawić się na energię odnawialną. Od tego czasu Jacobson i Delucchi kontynuowali swoje prace tworząc indywidualne rozwiązania dla 139 państw świata.

 

Przede wszystkim badacze wykazali, że całkowita rezygnacja z paliw kopalnych w poszczególnych krajach na rzecz zielonej energii jest możliwa w wyniku połączenia energetyki słonecznej, wiatrowej, wodnej i geotermalnej. Choć proces ten byłby kosztowny to na dłuższą metę przyniósłby znaczne korzyści. Zdaniem naukowców, powietrze byłoby mniej zanieczyszczone, cofnęlibyśmy globalne ocieplenie radykalnie zmniejszając emisję dwutlenku węgla i zapobieglibyśmy pożarom, zmianom pogodowym, epidemiom i śmierci wielu ludzi wynikającej ze zmian klimatycznych. Do 2050 roku świat uratowałby 4-7 milionów ludzi przed śmiercią wynikającą z zanieczyszczeń powietrza, na świecie powstałoby ponad 24 miliony nowych miejsc pracy a kraje zaoszczędziłyby ponad 20 bilionów dolarów na kosztach opieki zdrowotnej i ochrony klimatu.

 


Wielkie osiągnięcie przybliża nas do komputerów optycznych - naukowcy stworzyli mikroczip, który zamienia światło w dźwięk

Na Uniwersytecie w Sydney skonstruowano specjalny mikroczip, który może odegrać ogromną rolę w pracach nad komputerami świetlnymi. Mikroczip ten pozwala zamieniać fale świetlne, które przenoszą informację cyfrową, w fale dźwiękowe. Naukowcy po raz pierwszy dokonali takiego osiągnęcia.

 

Przyszłe komputery świetlne, jak mówi sama nazwa, będą przesyłać dane z pomocą światła zamiast elektronów. Pozwoli to znacznie przyspieszyć przesył danych cyfrowych, zaś elektronika oparta o światło będzie pobierać mniej energii i generować mniejsze ilości ciepła. Niektóre korporacje, takie jak Intel czy IBM, konstruują obecnie hybrydowe superkomputery - pół świetlne i pół elektroniczne.

 

Niestety wciąż jesteśmy daleko od pierwszego komputera posługującego się wyłącznie światłem, lecz wynalazki takie jak ten, który został właśnie opracowany przez naukowców z Uniwersytetu w Sydney, przybliżają nas do nowej technologii. Mowa jest o mikroczipie, który "spowalnia" światło zamieniając je w dźwięk - jest to konieczne, ponieważ dzisiejsze komputery nie nadążają z przetwarzaniem światła.

 

Wewnątrz opracowanego czipu następuje przemiana fal świetlnych w fale dźwiękowe, dzięki czemu informacja przechodzi przez niego o 10 nanosekund dłużej. Takie akustyczne opóźnienie jest wystarczające, aby komputer mógł odczytać dane. Co więcej, w przeciwieństwie do poprzednich tego typu rozwiązań, mikroczip może przetwarzać dane zapisane na różnych długościach fal świetlnych jednocześnie.

 

Wynalazki tego typu mają istotne znaczenie dla przyszłej elektroniki, która będzie posługiwać się światłem zamiast elektronami. Jednak pierwsze komputery świetlne nie powstaną tak szybko, zaś urządzeń przeznaczonych do użytku domowego nie powinniśmy spodziwać się w najbliższych latach.

 


Neurobiolog pracuje nad bezprzewodowym okiem dla niewidomych

E.J. Chichilnisky, neurobiolog pracujący na Uniwersytecie Stanforda ma śmiały plan: chce stworzyć implant, którzy przywróci wzrok wielu niewidomym. Aby to osiągnąć, będzie musiał zrewolucjonizować sposób w jaki ludzki mózg może łączyć się z urządzeniami elektrycznymi.

 

Na wiele ze zwyrodnieniowych chorób oczu, które prowadzą do ślepoty, nie możemy nić poradzić. Często jedynym co można zrobić to spowalniać chorobę poprzez zażywanie odpowiednich leków lub witamin. Jedne z najpoważniejszych schorzeń to retinopatia barwnikowa i zwyrodnienie plamki żółtej. Powodują one powolne obumieranie komórek siatkówki, w szczególności plamki żółtej. Pierwsza z chorób rozpoczyna się w wieku młodzieńczym, druga po 50. roku życia. Obie jednak prowadzą wraz z upływem czasu do utraty wzroku. Najnowsze podejście do leczenia zakłada częściową przemianę w cyborga.

 

W ostatnich latach niektórzy szczęśliwcy mogli pozwolić sobie na implanty umieszczane na siatkówce, które pomagały w niewielkim stopniu przywrócić wzrok. Plamy światła i ciemności, pozbawione jakichkolwiek detali, były wszystkim na co można liczyć za 150 000 dolarów. E.J. Chichilnisky, profesor okulistyki i neurochirurgii na Uniwersytecie Stanforda, ma ambicję zrewolucjonizować ten sposób leczenia.

 

W zdrowym oku światło po przejściu przez rogówkę, soczewkę i źrenicę pada na siatkówkę, gdzie pobudza odpowiednie komórki, które przesyłają impulsy elektryczne do mózgu. Ten interpretuje je jako obraz, jaki widzimy. W leczeniu wspomnianych wyżej chorób implanty zajmują miejsce obumarłych komórek, lecz nie wszystkie komórki w siatkówce umierają, co jest źródłem ograniczonej funkcjonalności obecnych implantów. Zwoje nerwowe, które zbierają informacje od światłoczułych komórek siatkówki zdają się przeżywać niszczące działanie chorób. Jest ich około 20 rodzajów a każdy odpowiada za inny typ informacji o obrazie. Kluczowe w ich działaniu jest zgranie się w czasie. Przykładowo jeden rodzaj próbuje przekazać wiadomość o tym, że jakiś fragment obrazu stał się jaśniejszy, inny, że obraz stał się ciemniejszy. Jeśli oba działają jednocześnie, mózg dostaje sprzeczne sygnały i nic z tego nie wynika.

 

Po części dlatego aktualnie stosowane implanty mają tak duże ograniczenia. Ignorują one całkowicie istnienie zwojów nerwowych rozróżniających parametry obrazu, aktywując wszystkie jednocześnie. Stąd pacjenci widzą jedynie plamy jaśniejszego i ciemniejszego światła. Profesor Chichilnisky pragnie stworzyć osobny implant dla każdego typu zwoju nerwowego, który miałby być zasilany bezprzewodowo np. przez specjalne okulary noszone przez pacjenta. Jest to jednak szalenie trudne zadanie: sprawić, by odpowiedni sygnał elektryczny docierał do odpowiednich komórek w odpowiednim czasie.

 

By to osiągnąć, profesor Chichilnisky zamierza stworzyć urządzenie, które będzie nie tylko przekazywać informacje o obrazie, ale również skanować siatkówkę by poznać rozmieszczenie zwojów nerwowych oraz precyzyjnie rozdzielać sygnały elektryczne i uzyskać spójny obraz. Trzeba będzie również zadbać o znalezienie odpowiedniego materiału do wytworzenia implantów: powinien być wytrzymały, utrzymywać się długo na siatkówce, nie powodować reakcji immunologicznej oraz nie emitować dużego ciepła z uwagi na duże nagromadzenie elektrod na małej powierzchni.

 

Obecnie zespół profesora Chichilnisky’ego testuje różne technologie na zwierzęcych siatkówkach. Do zainicjowania procesu widzenia w myśl przedstawioną wyżej naukowcy potrzebują całego pomieszczenia wypełnionego specjalistycznym sprzętem – minie sporo czasu nim uda im się umieścić wszystkie niezbędne funkcje w niewielkim implancie. Chociaż inni naukowcy próbują zwalczać choroby na różne sposoby, np. dzięki terapii genowej czy wykorzystaniu komórek macierzystych szpiku kostnego, to profesor Chichilnisky jest pewny swojego podejścia. Wierzy on, że technologia przez niego zaproponowana znajdzie zastosowanie także w innych implantach i pomoże zrewolucjonizować leczenie człowieka lub rozszerzanie jego zdolności poprzez nowoczesne implanty.

 


Naukowcy odkryli jak wytworzyć alkohol z powietrza

Naukowcy obwiniają emisję dwutlenku węgla o spowodowanie globalnego ocieplenia. Dlatego liczne zespoły badawcze zastanawiają się w jaki sposób można przechwycić ten gaz cieplarniany i wykorzystać go w praktyce. Jeden z nich zakłada... produkcję alkoholu.

 

Sekwestracja dwutlenku węgla to proces polegający na oddzieleniu i wychwyceniu CO2 ze spalin. Chodzi o to, aby dwutlenek węgla nie przedostał się do atmosfery. Przeważająca większość CO2 jest składowana w specjalnie zaprojektowanych podziemnych magazynach, gdzie po jakimś czasie zamienia się w ciało stałe. Jednak pierwiastek ten można wykorzystać w sposób pożyteczny np. w przemyśle energetycznym, chemicznym lub spożywczym.

 

Ming Ma, doktorant na Uniwersytecie Technologicznym w Delfcie w Holandii i jego zespół opracował nową metodę kontrolowania procesu zwanego elektroredukcją, który pozwala przekształcić CO2 w inne rodzaje molekuł. W zależności od tego jaki metal zostanie wykorzystany w trakcie procesu, możemy uzyskać różne rezultaty. Przykładowo stosując w elektroredukcji miedziane nanorurki, z dwutlenku węgla uzyskamy węglowodory, zaś z pomocą nanoporowatego srebra otrzymamy tlen.

 

Ming Ma wykazał, że zmieniając metale oraz długość nanorurek wykorzystywanych w tym procesie można wpływać na potencjał elektryczny podczas reakcji i uzyskać dowolny produkt oparty na węglu. Można do nich zaliczyć np. etanol (C2H5OH), metanol (CH3OH) lub kwas mrówkowy (CH2O2). Ma wraz ze swoim zespołem wciąż pracuje nad odkryciem - stara się ulepszyć cały proces i wprowadzić go w życie. Produkcja alkoholu z gazu cieplarnianego jakim jest dwutlenek węgla to z pewnością dobre rozwiązanie.

 


Ursus stworzył autobus napędzany wodorem - paliwem przyszłości

Pojazdy napędzane wodorem z pewnością są przyszłością motoryzacji, gdyż są lepsze od elektrycznych i zdecydowanie górują nad spalinowymi. Stosowanie wodoru jako paliwa jest nie tylko ekologiczne, ale także pozwala naładować samochód w krótszym czasie i zapewnia większy zasięg niż w przypadku napędu elektrycznego. Co najważniejsze, Polska jest zainteresowana wprowadzeniem do użytku pojazdów wodorowych.

 

Polskie przedsiębiorstwo Ursus skonstruowało i zaprezentowało wiosną autobus wodorowy City Smile Fuel Cell Electric. Pojazd pomieści 75 pasażerów i spala około 7 kilogramów tego paliwa na 100 kilometrów. Na jednym tankowaniu maszyna jest w stanie pokonać 450 kilometrów trasy, zaś samo ładowanie zajmuje tylko kilka minut. Sam prezes Ursusa Karol Zarajczyk nie ma wątpliwości, że napęd wodorowy to przyszłość transportu drogowego.

Źródło: Ursus

Sytuacja z napędem wodorowym jest zupełnie inna niż w przypadku samochodów elektrycznych, które potrzebują znacznie więcej czasu na doładowanie akumulatorów a i tak pokonują mniejszą odległość. Sugerowano nawet, aby pojazdy napędzane prądem elektrycznym mogły na stacjach po prostu wymieniać rozładowany akumulator na naładowany.

 

Autobusy, ciężarówki, samochody i inne środki transportu korzystające z paliwa wodorowego zyskują coraz większą popularność w Europie i na całym świecie. W 2015 roku na naszym kontynencie było 40 stacji tankowania wodoru. Niestety w Polsce, choć mamy już autobus wodorowy Ursusa, to wciąż nie mamy ani jednej takiej tankszteli. Według najnowszych zapowiedzi, pierwsza stacja tankowania wodoru ma powstać w 2018 roku. Nie oznacza to jednak, że w przyszłym roku na polskich ulicach nagle pojawią się autobusy i inne pojazdy wodorowe. Na wdrożenie tej technologii potrzeba jeszcze sporo czasu.

 


Sonda Cassini zakończyła misję kosmiczną na Saturnie

Wielki finał misji kosmicznej sondy Cassini dobiegł końca. Kilka dni temu sonda zbliżyła się do Tytana i tym samym zakończyła swoją ostatnią asystę grawitacyjną. Ziemski pojazd badawczy wyruszył wtedy w kierunku powierzchni gazowego giganta. 15 września doszło do oczekiwanej kolizji z Saturnem więc sonda Cassini oficjalnie przeszła do historii. 

 

Naukowcy z NASA twierdzą, że mają mieszane uczucia, bo oznacza to koniec pewnego etapu w badaniach Układu Słonecznego, a w szczególności układu księżyców wokół Saturna. Tytan, największy z nich wielokrotnie służył ziemskiej sondzie do dokonywania manewrów z wykorzystaniem siły grawitacji. Specjaliści twierdzą, że Cassini spotykał się z Tytanem średnio raz w miesiącu i teraz, gdy doszło do ostatniego zbliżenia czują się nieswojo zdając sobie sprawę, że to już koniec. 

Sonda Cassini-Huygens, znana też pod skrótową nazwą Cassini, została wyniesiona na orbitę w 1997 roku. W lipcu 2004 roku stała się pierwszym sztucznym satelitą Saturna. W styczniu 2005 roku odłączył się od niej europejski lądownik Huygens, który wylądował na powierzchni największego księżyca Saturna, Tytana. Jest to jedyny księżyc w Układzie Słonecznym, który posiada gęstą atmosferę, tak jak Ziemia.

Oprócz tego, w trakcie lat pracy, Cassini pomógł też w przełomowych badania gejzerów lodowych na Enceladusie, których skład został ustalony podczas kilku celowych przelotów sondy w jego pobliżu.

Życie "Cassiniego" zakończyło się bardzo szybko. Sonda NASA weszła w gęste warstwy atmosfery Saturna i spłonęła, przekazując do końca na Ziemię bezcenne informacje o strukturze atmosfery gazowego giganta. Niektóre instrumenty Cassiniego zaczną działać w taki sposób, że gromadzone przez nie informacje przekazywały dane na Ziemię w czasie rzeczywistym, co pozwoliło na prowadzenie przez sondę obserwacji naukowych praktycznie do chwili jej unicestwienia.

Niestety sam moment kolizji nie mógł być obserwowany przez kosmiczny teleskop Hubble'a ponieważ ten znajdował się nad anomalią magnetyczną SAA nad południowym Atlantykiem. Oznacza to, że teleskop HST będzie działał w trybie awaryjnym. Sonda Cassini-Huygens przestała nadawać dokładnie o 11:55:46 UTC.

 


Węgorz elektryczny poraził naukowca - w imię nauki

Węgorze elektryczne to niesamowite stworzenia, które posiadają narządy pozwalające wytwarzać energię elektryczną. Umiejętność ta służy im do obezwładniania napastników lub ofiar i potrafi powalić zwierzęta sporych rozmiarów, w tym także człowieka. Niemiecki przyrodnik i podróżnik Alexander von Humboldt obserwował w 1800 roku, jak węgorze elektryczne atakowały konie i raziły je prądem elektrycznym.

 

Jak dotąd jeszcze nikomu nie przyszło do głowy, aby dobrowolnie narazić się na atak węgorza elektrycznego. Największe osobniki potrafią wytworzyć napięcie nawet 600 V. Atak takiej ryby na człowieka może w skrajnym przypadku doprowadzić nawet do śmierci.

 

Wyjątkiem okazał się Kenneth Catania, biolog z Uniwersytetu Vanderbilt. Naukowiec od lat prowadził eksperymenty z udziałem węgorzy elektrycznych. Skupiał się przede wszystkim na ich umiejętności rażenia prądem swoich ofiar. Aby jeszcze dokładniej zrozumieć te interesujące istoty postanowił się przekonać na własnej skórze jakie to jest uczucie zostać porażonym przez węgorza elektrycznego.

 

W tym celu wybrał jedną z mniejszych ryb, która nie jest w stanie wygenerować aż tak wysokiego napięcia. Kenneth Catania został porażony prądem o natężeniu 40-50 miliamperów i porównał atak zwierzęcia do złapania się za ogrodzenie elektryczne. Naukowiec odczuł krótki, lecz bardzo intensywny ból. W publikacji zamieszczonej na łamach Current Biology stwierdzono, że niezwykła zdolność węgorzy elektrycznych to doskonałe narzędzie do samoobrony.

 


Wkrótce będziemy mogli pozyskiwać energię elektryczną z naszego krwiobiegu

Każdego z nas często spotyka taki scenariusz: bateria w telefonie jest na wyczerpaniu i znikąd pomocy. A co jeśli każdy z nas miałby źródło zasilania zawsze przy sobie? Dokładniej – wewnątrz nas, gdyż naukowcy z Fudan University w Szanghaju zaproponowali pomysł czerpania energii z ludzkich żył.

 

Grupa badaczy stworzyła niezwykle lekkie generatory prądu, które korzystałyby z energii niesionej przez strumień krwi płynący wewnątrz nas. Podstawą urządzenia są włókna z nanorurek węglowych, które podczas testów w roztworze imitującym krew były w stanie uzyskać energię elektryczną bazując na ruchu względnym roztworu i generatorów.

 

Naukowców zainspirował znany od dawna sposób pozyskiwania energii elektrycznej przy użyciu turbin napędzanych strumieniem wody. Podobnie jak energia wodna, energia czerpana z ludzkiej krwi również byłaby odnawialna i niezależna od warunków pogodowych. Właściwości wykorzystanych materiałów dają potencjalnie szerokie pole do popisu dla nowych generatorów. Być może uda się je zastosować do zasilania urządzeń medycznych takich jak rozrusznik serca. Elastyczność, lekkość i względna jednowymiarowość mogą być pomocne przy próbie wplecenia mikro-generatorów w tkaninę ubrań i tym samym ładować urządzenia pokroju telefonów czy zegarków.

 

Zaproponowane urządzenie ma również inną przewagę nad wcześniejszymi podobnymi projektami. W przypadku mobilności poprzednich pomysłów pojawiły się obawy o tworzenie zatorów wewnątrz układu krwionośnego. Chińczykom udało się unieruchomić urządzenie i rozwiać te lęki.

Pytanie o efektywność  takiego sposobu otrzymywania energii elektrycznej wciąż pozostaje otwarte. Do tej pory jedynym żywym organizmem, na którym testowano generatory, były żaby. Potrzeba jeszcze wiele czasu na testy i optymalizację zanim ujrzymy tę technologię w działaniu wewnątrz ludzkiego organizmu, ale już teraz można się spodziewać sporej rewolucji w medycynie i naszym podejściu do energii odnawialnej.