Lipiec 2017

Chiny zostaną światowym liderem w rozwoju i wdrażaniu sztucznej inteligencji

Sztuczną inteligencję można wykorzystać na wiele sposobów a z jej pomocą odnotowuje się wyraźne korzyści. Samojeżdżące samochody, inteligentne oprogramowania i roboty przemysłowe posiadają jeden wspólny mianownik - chodzi o automatyzację produkcji i zakładów pracy oraz zmniejszenie siły roboczej, co na dłuższą metę pozwoli zaoszczędzić wielkie sumy pieniędzy.

 

Sztuczna inteligencja może zrewolucjonizować transport miejski, sektor usług oraz przemysł. Chiny zrozumiały jak wielki potencjał drzemie w inteligentnych oprogramowaniach, dlatego rząd w Pekinie chce zostać światowym liderem w rozwoju i wdrażaniu SI, która sprawi, że kraj stanie się potęgą gospodarczą. W raporcie rządowym czytamy, że kraj chce osiągnąć swój cel najpóźniej w 2030 roku.

"Sztuczna inteligencja stała się nowym kierunkiem międzynarodowej konkurencji. Musimy podjąć inicjatywę, aby dobrze zrozumieć kolejny etap rozwoju SI i stworzyć nową przewagę konkurencyjną, otworzyć rozwój nowych gałęzi przemysłu oraz poprawić ochronę bezpieczeństwa narodowego."

Powyższy cytat mówi sam za siebie i wskazuje, że sztuczna inteligencja nie tylko przyspieszy rozwój gospodarki. Z pomocą inteligentnych oprogramowań, Chiny będą chciały również wzmocnić swoje wojsko. Fragment o ochronie bezpieczeństwa narodowego prawdopodobnie nawiązuje do zbudowania autonomicznych dronów bojowych oraz robotów wojskowych, co jest obecnie przedmiotem zainteresowania takich państw jak Stany Zjednoczone, Rosja, Iran, Arabia Saudyjska, Wielka Brytania czy Izrael.

 

Jeśli Chiny mają zamiar zrealizować swoje globalne ambicje będą musiały pamiętać, że tym samym zdetronizują Stany Zjednoczone jako obecnego światowego lidera w kwestii gospodarczej i militarnej, co z pewnością nie będzie łatwym zadaniem. Z drugiej strony już od 2016 roku Chiny zaczęły przeznaczać więcej czasu i środków finansowych na badania sztucznej sieci neuronowej niż USA. Chiny bez żadnych zahamowań wprowadzają automatyzację przemysłu i stawiają na dynamiczny rozwój, więc realizacja wyznaczonych celów wydaje się być jedynie kwestią czasu.

 


W 2018 roku wyruszy pierwszy bezzałogowy kontenerowiec, napędzany prądem elektrycznym

Autonomizacja maszyn postępuje nie tylko na lądzie i w powietrzu, ale także na morzu. W Norwegii trwają prace nad pierwszym na świecie bezzałogowym kontenerowcem Yara Birkeland, który dodatkowo będzie napędzany elektrycznie. Pozwoli to nie tylko zmniejszyć emisje dwutlenku węgla do atmosfery, ale także radykalnie ograniczyć koszta.

 

Yara Birkeland będzie wyposażony w technologię GPS, radar, kamery oraz sensory, dzięki czemu kontenerowiec będzie mógł samodzielnie i bezpiecznie poruszać się po morzu i osiągać wyznaczony cel. Statek jest opracowywany wspólnie przez Yara International, przedsiębiorstwo zajmujące się produkcją nawozów sztucznych, oraz firmę technologiczną  Kongsberg Gruppen.

 

Koszty budowy mają pochłonąć około 25 milionów dolarów. Jest to w przybliżeniu trzy razy więcej niż w przypadku standardowego kontenerowca. Jednak Yara Birkeland, który będzie napędzany prądem elektrycznym i nie będzie potrzebował załogi, pozwoli ograniczyć koszty operacyjne aż o 90% w skali roku.

Nowy autonomiczny kontenerowiec rozpocznie prace już w 2018 roku i będzie dostarczał nawozy z fabryki Yara International do portu w Larvik, oddalonego o 60 kilometrów. Jednak automatyzacja nowej jednostki będzie postępowała etapami. Początkowo statek będzie w pełni obsługiwany przez załogę. Rok później, statek będzie sterowany zdalnie, zaś w 2020 roku Yara Birkeland ma stać się w pełni autonomicznym kontenerowcem. Jest to bardzo dobre rozwiązanie, które pozwoli ograniczyć koszta, lecz wprowadzenie takich statków na całym świecie wymagałoby zabezpieczenia ładunku jak i całej jednostki przed piractwem morskim.

 


Stanfordzki eksperyment więzienny

W 1971 roku Philip Zimbardo wraz z grupą psychologów z Uniwersytetu Stanforda przeprowadził eksperyment, aby sprawdzić jak łatwo ludzie dopasowują się do przypisanych im ról – strażnika i więźnia – w symulacji życia więziennego.

 

Zimbardo interesowały przyczyny brutalności strażników więziennych. Chciał zbadać, czy kierują nimi sadystyczne skłonności, czy może raczej to wpływ środowiska więziennego jest tak destrukcyjny. Jeśli uczestnicy eksperymentu zachowywaliby się tak jak na co dzień, w nieagresywny sposób, świadczyłoby to na korzyść hipotezy o skłonnościach strażników do przemocy. Jeśli z kolei zachowanie ludzi biorących udział w eksperymencie zaczęłoby przypominać to znane z prawdziwych więzień, naukowcy mieliby podstawy sądzić, że to środowisko popycha strażników w stronę przemocy.

 

By przeprowadzić eksperyment przerobiono piwnicę jednego z budynków Wydziału Psychologii Uniwersytetu Stanforda w imitację więzienia i poszukiwano ochotników do zbadania wpływu więzienia na psychikę człowieka. Odpowiedziało ponad 70 kandydatów. Po wyeliminowaniu osób z problemami psychicznymi i mających wcześniej zatarg z prawem wybrano 24 studentów płci męskiej, każdy miał otrzymywać 15 dolarów dziennie (dziś byłoby to około 90 dolarów).

 

Wybrano losowo 12 strażników i 12 więźniów, z czego dziewięciu strażników odbywało 8-godzinne zmiany w trzyosobowych grupach (pozostała trójka mogła zostać wezwana jako wsparcie), a dziewięciu więźniów umieszczono po równo w trzech w celach o wymiarach 1,8 m na 2,7 m (pozostali byli „rezerwowi”). W fikcyjnym więzieniu była także przebieralnia dla strażników, pokój wartownika, biuro dyrektora więzienia, izolatka oraz toaleta, do której więźniów zaprowadzano z zawiązanymi oczami, by nie mogli zobaczyć drogi do wyjścia (uczucie osadzenia miało być jak najbardziej realne).

Więźniów traktowano tak jak zwykłych przestępców: aresztowań dokonano w ich domach, bez ostrzeżenia, a następnie zawieziono na komisariat policji, gdzie zdjęto im odciski palców, sfotografowano i założono kartotekę. Po wszystkim przewiezono ich z zawiązanymi oczami do prowizorycznego więzienia, gdzie rozpoczął się proces deindywiduacji – więźniowie mieli zatracić poczucie własnej tożsamości. Na miejscu rozebrano ich do naga, odwszawiono, zabrano rzeczy osobiste a wręczono strój więzienny i pościel (nie mogli nosić bielizny a wokół jednej z kostek zapięto im łańcuch). Każdemu nadano numer identyfikacyjny, który zastępował prawdziwe imiona. Nawet w komunikacji między sobą więźniowie mogli używać jedynie swoich numerów. W ten sposób stwarzano poczucie anonimowości. Strażnicy byli ubrani w identyczne uniformy koloru khaki, nosili ciemne lustrzane okulary, gwizdki zawieszone na szyi oraz pałki policyjne. Poza używaniem przemocy i zagładzaniem strażnicy mogli stosować wszelkie metody, by zachować porządek wśród skazanych. Zimbardo odgrywał rolę naczelnika więzienia. Uczestnicy eksperymentu bardzo szybko wpasowali się w przypisane im role.

 

W ciągu kilku godzin od rozpoczęcia eksperymentu niektórzy strażnicy zaczęli napastować więźniów. Budzono ich w środku nocy w ramach zbiórek – liczenie więźniów miało pomóc w zaznajomieniu z numerami identyfikacyjnymi. Ponadto zbiórki były doskonałą okazją dla strażników do okazywania władzy nad więźniami. Osadzeni równie szybko zaczęli przejawiać zachowania charakterystyczne dla skazańców. Donosili na siebie strażnikom, zaczęli restrykcyjnie przestrzegać panujących w więzieniu reguł, bali się kar za ich złamanie. Niektórzy zaczęli jawnie współpracować ze strażnikami przeciwko nieposłusznym więźniom. Skazańcy byli szykanowani, otrzymywali bezsensowne, nużące zadania. Często formą kary były wycieńczające ćwiczenia fizyczne, np. pompki trwające po kilka godzin. 

 

Rankiem drugiego dnia wybuchła rebelia, która zaskoczyła strażników po pierwszym dniu pełnym posłuszeństwa. Wieźniowie zerwali naszyte na strój numery i zabarykadowali się w celach, blokujące drzwi łóżkami. Stażnicy wezwali pomoc w postaci rezerwowej trójki a zmiana nocna zdecydowała się zostać dłużej by służyć wsparciem. Zaatakowano więźniów gaśnicami, rozebrano ich do naga i wyniesiono wszystkie łóżka, a prowodyr buntu został umieszczony w izolatce. Od tego momentu zaczęły się regularne napastowania i zastraszanie osadzonych.

Trzech więźniów najmniej zaangażowanych w bunt zostało umieszczonych w celi ze specjalnymi przywilejami. Oddano im ubranie oraz łóżka, pozwolono się umyć. W obecności innych więźniów, którym tymczasowo wstrzymano wydawanie posiłku, nakazano im jeść lepsze jedzenie. Złamało to poczucie wspólnoty wśród więźniów. W ciągu następnych kilku dni więźniowie stawali się coraz bardziej ulegli a strażnicy utwierdzali swoją władzę i wyższość. Im większą pogardę okazywano skazanym, tym większe poddaństwo zaczynali objawiać. 

 

W ciągu mniej niż 36 godzin od rozpoczęcia eksperymentu więzień nr 8612 zaczął wykazywać objawy rozbicia emocjonalnego, dezogranizacji myśli, napadów płaczu i gniewu. Strażnicy próbowali uspokoić go ofertą współpracy jako „informator”, lecz więzień numer 8612 zaczął tracić kontakt z rzeczywistością. Po rozmowie ze strażnikami zaczął zachowywać się jak szaleniec - krzyczał, przeklinał, miał napady wściekłości, które wymknęły się poza kontrolę. Dopiero wtedy psychologowie zdecydowali się wypuścić go na wolność. Reszta więźniów zaczęła umacniać się w przekonaniu, że znajdują się w prawdziwym więzieniu. 

 

Następnego dnia zorganizowano wizytację rodzin oraz przyjaciół. Z obawy przed negatywnym odbiorem warunków panujących w więzieniu, osadzonym kazano się umyć i posprzątać cele. Dostali również syty posiłek, a atmosferę miała umilać muzyka puszczana przez interkom oraz cheerleaderka z uniwersytetu, mająca przyjmować gości. Mimo to, część odwiedzających zgłaszała zażalenia ze względu na stan swoich bliskich, ale ulegali oni autorytetowi naukowców.


Po wizytach, jeden ze strażników podsłyszał rozmowy o planowanej ucieczce. Zimbardo próbował wtedy przenieść skazańców do prawdziwego więzienia, ale nie uzyskał na to zgody. Ostatecznie do ucieczki nie doszło, ale w ramach odwetu strażnicy zaczęli jeszcze bardziej upokarzać wieźniów, każąc im przykładowo szorować muszle toaletowe gołymi rękoma i zmuszając do wielogdzinnych ćwiczeń.

 

Zimbardo zaprosił kapelana prawdziwego więzienia, by ocenił realizm stworzonej atmosfery. Z niemal każdym więźniem odbył rozmowę na osobności, połowa z nich przedstawiła się za pomocą swojego numeru identyfikacyjnego zamiast imienia i nazwiska. Więzień numer 819 załamał się podczas wizyty księdza. Został następnie umieszczony w osobnym pokoju, z jego nogi zdjęto łańcuch i obiecano wizytę u lekarza. W trakcie odpoczynku numeru 819, pozostałych więźniów ustawiono w linii i kazano powtarzać słowa: „Więzień 819 jest złym więźniem. Przez to, co zrobił, moja cela jest brudna”. Kiedy słowa te dobiegły do uszu numeru 819, załamał się on powtórnie, ale odrzucił ofertę opuszczenia eksperymentu – nie chciał być zaszufladkowany przez innych jako zły więzień.

 

Dzień później niektórzy więźniowie stanęli przed komisją. Jej celem było rozważenie wcześniejszego zwolnienia. Większość skazanych była gotowa oddać pieniądze należne za udział w eksperymencie w zamian za wyjście na wolność. Nie powiedziano więźniom jak długo będzie trwało rozpatrywanie wniosku. 

 

Eksperyment był planowany na 14 dni, lecz zakończył się po zaledwie 6. Zachowanie strażników zaczęło przekraczać kolejne poziomy zgorszenia (zmuszano osadzonych do symulowania aktów homoseksualnych). Christina Malasch, późniejsza żona Zimbargo i doktorantka psychologii na Uniwersytecie Stanforda, została zaproszona na rozmowy z uczestnikami eksperymentu. Po tym, co zobaczyła wywarła na Zimbargo przerwanie eksperymentu. Z ponad 50 osób odwiedzających symulowane więzienie tylko ona wyraziła tak silny sprzeciw. Pomysłodawca eksperymentu przyznał później, że zbyt mocno zaangażował się w rolę naczelnika więzienia i zaniechał tym samym podejście naukowe.

Eksperyment ukazał łatwość, z jaką ludzie adaptują powierzone im role, zwłaszcza tak wyraźnie zarysowane jak strażnik czy więzień. Wynik eksperymentu wspiera hipotezę o silnym wpływie środowiska więziennego na brutalne zachowanie strażników. Zimbardo zaproponował dwa powody tak dużego podporządkowania rolą. Deindywiduacja może wyjaśniać zachowanie zwłaszcza strażników, którzy tak bardzo wtapiają się w grupę, do której przynależą, że zatracją cechy indywidualne i osobistą odpowiedzialność za czyny. Brutalne zachowanie pojmowali oni jako normę dla swojej grupy. Spore znaczenie mógł mieć jednolity strój. W przypadku więźniów poczucie bezsilności miało sprzyjać uległości wobec strażników. Nieprzewidywalne decyzje strażników i brak wpływu na swój los doprowadziło osadzonych do zaprzestania walki o swoje racje.

 

Po eksperymencie Zimbardo przeprowadził z uczestnikami rozmowy. „Byłem zaskoczony swoją postawą. Zmuszałem ich [więźniów] do obrażania się nawzajem i czyszczenia toalet gołymi rękoma. Właściwie zacząłem ich uważać za bydło i myślałem, że ciągle powinienem mieć na nich oko, żeby nic nie wywinęli”, opisuje uczestnik odgrywający rolę strażnika. Padały też zdania w rodzaju: „Autorytatywne zachowanie może być dobrą zabawą. Władza daję wielką przyjemność”. Większość strażników nie mogło uwierzyć, że posunęli się do takiego poziomu brutalności. Wielu było zaskoczonych odkryciem w sobie tego rodzaju osobowości i rzeczy, do jakich mogą być zdolni. Również więźniowe nie spodziewali się po sobie tak dużej uległości, kilkoro uważało się dotąd za ludzi asertywnych. Zapytani o strażników, wyróżnili 3 typy spotykane w każdym więzieniu: dobrych, twardych ale sprawiedliwych oraz okrutnych. 

 

Większość strażników twierdziła później, że zwyczajnie odgrywali role, a charakter przypisanych im ról może w prosty sposób tłumaczyć wyniki eksperymentu. Z tego względu nie można przemiany ludzi zaobserwowanej podczas badania przełożyć na prawdziwe życie i prawdziwe więzienia. Pewne przesłanki wskazują jednak, że w niektórych sytuacjach uczestnicy reagowali jak w prawdziwym życiu. Przykładowo 90% rozmów między skazanymi dotyczyło doli więziennego życia, a tylko 10% zajmowały tematy o życiu poza kratkami. Niektórzy więźniowie podczas rozmowy z księdzem prosili o prawnika, by pomógł im się wydostać. Podobnie strażnicy omawiali głównie problemy związane ze swoją „pracą”. Ponadto przybywali zawsze na czas i brali nadgodziny, by więcej zarobić.

 

Badanie trudno rozszerzyć na całą populację: nie uwzględniono w nim kobiet ani obcokrajowców. Amerykanie są raczej indywidualistami, częściej cechują się nonkonformizmem, a np. Azjaci tworzą zwarte, kolektywne środowiska. Mimo to, trudno odmówić eksperymentowi wpływu na prawdziwe życie. Wiele mechanizmów więziennych uległo dzięki niemu zmianie (przykładowo młodociani oskarżeni nie są przed rozprawą przetrzymywani razem z dorosłymi, z obawy przed zachętą do przemocy).

 

Badanie Zimbardo miało duży wpływ na etykę badań psychologicznych. Obecnie każde badanie przed rozpoczęciem musi zostać ocenione przed specjalną komisję. Ocenia się, czy potencjalne odkrycia jakie mogą przynieść eksperymenty usprawiedliwiają podejmowane ryzyko. Komisje mogą zarządać zmian w projekcie badania lub całkowicie go zakazać.

 

Wiele krytycznych głosów spadło na eksperyment i jego twórców: uczestnicy nie wiedzieli na co się piszą (nie dało się tego przewidzieć), nie wyrazili zgody na aresztowanie we własnych domach, nikomu nie zapewniono opieki psychologicznej. Na obronę Zimbardo można przytoczyć fakt, że program badania został zatwierdzony przez komisję psychologów i nikt nie spodziewał się uzyskanych efektów. Wszyscy uczestnicy spotykali się na grupowych i indywidualnych sesjach terapeutycznych, ich stan był monitorowany najpierw w tygodniowych, później w miesięcznych i rocznych interwałach. Nie utrwaliły się żadne negatywne efekty badania.

 

Powyższy eksperyment warto przyrównać do eksperymentu Milgrama, który został odtworzony w Polsce. Tam uczestnikom również przypisano konkretną rolę, lecz w tym przypadku badano ich uległość wobec autorytetu. "Nauczyciel" miał razić prądem "ucznia" za każdym razem, gdy ten drugi źle odpowie na zadane pytania, a z każdą próbą miał zwiększać napięcie elektryczne aż dojdzie do 450 V. Była to oczywiście tylko symulacja, która miała pokazać czy uczestnik szalonego z pozoru eksperymentu będzie go kontynuował pod nadzorem naukowca, czy też zbuntuje się i odmówi dalszego udziału w obawie o życie "ucznia". Eksperyment Milgrama nawiązuje zresztą do niemieckich nazistowskich zbrodniarzy wojennych, którzy tłumaczyli się, że tylko wykonywali rozkazy, jednak podobne zachowania zaobserwowano również w stanfordzkim eksperymencie więziennym. Podziały na różne role, nie tylko jako strażnik-więzień czy nauczyciel-uczeń, można dostrzec w życiu codziennym i one również w sposób świadomy lub nie wpływają na zachowania ludzi.

 


Testy silnika typu scramjet zakończyły się sukcesem

Na początku lipca, rakieta wyposażona w rewolucyjny napęd scramjet została wystrzelona z poligonu wojskowego Woomera Test Facility w Australii Południowej. Test zakończył się powodzeniem i miał istotne znaczenie dla prac nad pociskami hipersonicznymi nowej generacji.

 

Próba silnika strumieniowego z naddźwiękową komorą spalania (Supersonic Combustion Ramjet) odbyła się we współpracy australijskiego Defence Science and Technology Group, U.S. Air Force Research Lab, koncernu lotniczego Boeing oraz zbrojeniowego BAE Systems. Woomera Test Facility to największy na świecie poligon wojskowy. Ciekawostką jest, że obiekt ten zajmuje obszar ponad jednej trzeciej powierzchni Polski.

 

Test odbył się w tajemnicy a jego szczegóły pozostają nieznane. Dowiedzieliśmy się jedynie, że eksperyment z silnikiem zakończył się sukcesem, co potwierdza udostępniony poniżej krótki filmik.

Prace nad silnikiem typu scramjet w ramach projektu HiFiRE (Hypersonic International Flight Research Experimentation) trwają od kilkunastu lat. Podczas ostatniego testu, który odbył się w 2016 roku, rakieta eksperymentalna osiągnęła wysokość 278 kilometrów oraz prędkość 7,5 Macha, tj. ponad 9000 km/h. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, projekt HiFiRE dobiegnie końca już w 2018 roku. To sugeruje, że prace nad silnikiem znajdują się w fazie końcowej.

"Silnik strumieniowy z naddźwiękową komorą spalania w zamyśle różni się od konwencjonalnego silnika odrzutowego tylko pod dwoma względami. Po pierwsze, przepływające przez niego powietrze i spaliny poruszają się z prędkością wyższą od prędkości dźwięku. Po drugie, nie ma w nim żadnych wałów ani turbin, bo powietrze nie musi być sprężane. Ten prosty pomysł okazał się niezwykle trudny w realizacji. Wadą scramjeta jest fakt, że może on działać tylko przy prędkości powyżej 5 Machów. Aby rozpędzić go do takiej prędkości, niezbędny jest inny silnik." - podaje serwis news.astronet.pl.

Silnik typu scramjet zrewolucjonizuje przemysł lotniczy, wojskowy oraz kosmiczny. Wyposażona w niego maszyna będzie mogła osiągać prędkość hiperdźwiękową, tj. do 10 Mach. Samolot z tym silnikiem mógłby pokonać trasę z Londynu do Sydney o długości około 17 tysięcy kilometrów w czasie dwóch godzin. Nową technologią zainteresowane są również przedsiębiorstwa kosmiczne, które będą mogły wynosić ładunki na orbitę przy mniejszych kosztach, a także siły zbrojne. Rakiety oraz samoloty wojskowe będą mogły uderzyć w dowolne miejsce na naszej planecie w jeszcze krótszym czasie.

 


W Rosji opracowano biodegradowalny polietylen

Naukowcy z Plekhanov Russian University of Economics w Moskwie stworzyli biodegradowalny materiał oparty na polietylenie i substancjach roślinnych. Nowy materiał znajdzie zastosowanie w produkcji opakowań i może przyczynić się do ochrony środowiska.  

 

Co roku w Rosji powstaje 3,3 miliona ton odpadów z tworzych sztucznych. Pociąga to za sobą potrzebę tworzenia kolejnych wysypisk śmieci – rocznie pochłaniają one nawet 10 tysięcy hektarów ziemi, którą można by zagospodarować inaczej. Większość współczesnych opakowań w Rosji nie rozkłada się w środowisku naturalnym, z drugiej strony wiele gałęzi przemysłu wytwarza i gromadzi ogromne ilości biodegradowalnych odpadów (przemysł włókienniczy, drzewny, spożywczy), które tylko czekają na zastosowanie.

Naukowcy z moskiewskiego uniwersytetu znaleźli rozwiązanie problemu opakowań. Badacze przeprowadzili serię eksperymentów na stworzonych przez siebie materiałach: kompozycjach opartych na polietylenie i substancjach pochodzenia roślinnego. Badano jak odpady roślinne – ich ilość oraz rozmieszcznie między polimerami polietylenu – wpływają na właściwości fizyczne i szybkość rozkładu tworzywa sztucznego.

 

Jako roślinne wypełnie zastosowano łuski słonecznika, odpady lnu, kiełki pszenicy oraz słomę i trociny. Poprzez eksperymenty naukowcy nauczyli się jak stosować wspomniane odpady by uzyskać pożądany efekt: stworzyć materiał oparty na polietylenie, który rozkładałby się w naturalnym środowisku. Według naukowców znacznie zmniejszy to zanieczyszczenie środowiska, gdyż nowe opakowania będą w nawet 70% składały się z tanich odpadów. Zmaleje również koszt produkcji opakowań opartych na nowym materiale.

 

Podobne badania prowadzi się obecnie na całym świecie. W USA jako biodegradowalny „wypełniacz” testuje się bawełnę, włókna bananów i łuski ziaren kawy. W Chinach jest to bambus, w Indiach juta, zaś w Brazylii łodygi trzciny cukrowej. Celem wszystkich tych przedsięwzięć jest stworzenie materiału, który zachowałby użyteczne właściwości tworzyw sztucznych i jednocześnie był przyjazny środowisku.

 


Elon Musk otrzymał zgodę na budowę kolejki Hyperloop, która połączy Nowy Jork z Waszyngtonem

Po niedawnym pierwszym teście kolejki Hyperloop nadchodzi kolejna pozytywna informacja. Pomysłodawca nowej formy transportu Elon Musk powiadomił, że właśnie otrzymał od rządu Stanów Zjednoczonych "werbalną" zgodę na rozpoczęcie budowy Hyperloop.

 

Należąca do Muska firma Boring Company będzie mogła zacząć kopać tunel na linii Nowy Jork-Filadelfia-Baltimore-Waszyngton. Dzięki Hyperloop, proponowaną trasę o długości około 350 kilometrów będzie można pokonać w 29 minut. Superszybka kolejka będzie przemieszczać się od jednego miasta do drugiego a w każdym z nich powstanie szereg wind wejściowych i wyjściowych.

Projekt Hyperloop wejdzie tym samym w pierwszą fazę budowy. Elon Musk będzie musiał otrzymać zgodę od kilku stanów, kilkunastu hrabstw i wielu miast, zatem może minąć jeszcze sporo czasu zanim pomysłodawca nowej technologii otrzyma formalną zgodę.

Superszybka kolejka Hyperloop ma stać się alternatywą dla kolei lądowych i transportu lotniczego. Kapsuły przemieszczające się z prędkością ponad 1200 km/h zabiorą pasażerów oraz towary w odległe miejsca w bardzo krótkim czasie. Technologią Hyperloop interesuje się wiele państw i firm z całego świata, również w Polsce. W przypadku Stanów Zjednoczonych, nowoczesna kolejka ma ostatecznie połączyć ze sobą wszystkie stany - wschodnie wybrzeże z zachodnim.

 


Naukowcy z Chin sklonowali zmodyfikowanego genetycznie psa. Wkrótce przyjdzie czas na ludzi

Możliwość klonowania istot żywych przestała nas zadziwiać, lecz klonowanie ludzi to zupełnie inna kwestia. Zespół chińskich naukowców powiadomił, że jako pierwszy w historii zdołał sklonować zmodyfikowanego genetycznie psa rasy beagle. Niektóre media nie bez powodu określiły zwierzę mianem superpsa, zaś zdaniem ekspertów sukces może zapoczątkować inżynierię genetyczną u ludzi.

 

Zabieg klonowania psa został przeprowadzony przez pekińską firmę biotechnologiczną Sino Gene. Zwierzę o imieniu Long Long urodziło się w maju. Ojciec psa, Apple, został zmodyfikowany genetycznie do celów badawczych w tym samym laboratorium w taki sposób, aby chorował na miażdżycę tętnic.

 

Long Long został sklonowany techniką transferu komórek somatycznych. Jego narodziny mają spore znaczenie dla chińskich badaczy, ponieważ psy należą do ssaków, których sklonowanie jest sporym wyzwaniem ze względu na niską jakość oocytów i asynchroniczne cykle reprodukcyjne u matek zastępczych.

Lai Liangxue i jego zespół, który brał udział w zabiegu ma zamiar rozpocząć masową "produkcję" zmodyfikowanych genetycznie superpsów. Long Long nie posiada w sobie genu miostatyny, dzięki czemu ma dwukrotnie większą masę mięśniową. Klonowane psy będą silniejsze, szybsze, będą mogły posiadać inne pożądane cechy i zostaną wykorzystane w policji lub przez myśliwych. Firma Sino Gene nie wyklucza klonowania innych zwierząt, w tym zwierząt domowych.

 

Jak widać Chiny bardzo aktywnie ulepszają technologię klonowania zwierząt, co budzi poważne obawy wśród naukowców oraz etyków na świecie. Szczególnie niepokojąco wyglądają stopniowe przygotowania do klonowania ludzi o czym przecież otwarcie mówi się w Chinach. Koncern Boyalife Group, który współpracuje z Chińską Akademią Nauk oraz południowokoreańską firmą Sooam pracuje nad największą fabryką na świecie do klonowania zwierząt. W przyszłości to właśnie w niej ma narodzić się pierwszy w historii sklonowany człowiek.

 


Za 10 lat, niemal wszystkie samochody produkowane w USA będą autonomiczne

Nie mamy dziś wątpliwości, że wszystko zmierza ku automatyzacji i autonomizacji. Nie tylko fabryki zaczną przyjmować inteligentne roboty to pracy, ale także wszelkie pojazdy lądowe nie będą już wymagały kierowcy. Stany Zjednoczone mogą stać się pierwszym krajem na świecie, który zacznie produkować tylko autonomiczne samochody.

 

W USA aktywnie rozwija się samojeżdżące pojazdy pasażerskie, a także ciężarówki. W przyszłości, samojeżdżące tiry mają zrewolucjonizować transport lądowy, ponieważ będą mogły samodzielnie pokonać bardzo długą trasę i dostarczyć ładunek we wskazane miejsce. Wszystko to nie będzie wymagało obecności człowieka w kabinie. To samo spotka wkrótce samochody pasażerskie, lecz z tą różnicą, że pasażer nie będzie musiał sprawować kontroli nad pojazdem. Jedyne co będzie musiał zrobić to wprowadzić cel podróży.

 

Właściciel firmy Tesla, Elon Musk przewiduje, że już za 10 lat na terenie Stanów Zjednoczonych produkowane będą niemal tylko i wyłącznie samochody autonomiczne. Co więcej, połowa z nich będzie posiadała napęd elektryczny. Nie oznacza to jednak, że za dekadę na ulicach amerykańskich miast będą poruszać się tylko samojeżdżące pojazdy. Potrzebne będą kolejne lata zanim nowe zastąpi stare. Według Muska, w 2037 roku zdecydowana większość pojazdów w USA będzie elektryczna i w pełni autonomiczna. Jego zdaniem każda forma transportu, z wyjątkiem statków kosmicznych, będzie napędzana prądem elektrycznym.

 

Przedsiębiorstwo Tesla również aktywnie pracuje nad autonomicznymi, bezpiecznymi dla kierowców i otoczenia samochodami osobowymi. Na dzień dzisiejszy "inteligentne" samochody nie mogą jeździć samodzielnie - nie są jeszcze na tyle zaawansowane, lecz w biegiem lat autonomizacja pojazdów lądowych ma przyczynić się do zwiększenia bezpieczeństwa na jezdni i radykalnego zmniejszenia ryzyka wypadku drogowego. Jak powiedział kiedyś Elon Musk, maszyny staną się bardziej inteligentne od nas, dlatego człowiek nie będzie mógł już obsługiwać samochodów.

 


Naukowcy zbudowali nowe ogniwo słoneczne o wydajności 44,5%

Naukowcy z George Washington University zaprojektowali i skonstruowali prototyp nowego panela słonecznego. Urządzenie składa się z kilku połączonych ze sobą ogniw, które razem przechwytują niemal całą energię obecną w spektrum światła słonecznego. Wynalazek przekształca promieniowanie słoneczne w energię elektryczną z wysoką wydajnością 44,5% i w przyszłości ma szansę stać się najefektywniejszym ogniwem na świecie.

 

Nowe urządzenie korzysta z koncentratorów fotowoltaicznych (CPV). Soczewki skupiają promienie słoneczne na mikroskopijnym ogniwie o wielkości poniżej 1 mm2. Panel słoneczny działa na światło słoneczne niczym sito. Specjalistyczne materiały w każdej warstwie absorbują energię z konkretnych zestawów długości fal. Dzięki temu wydajność nowego ogniwa fotowoltaicznego jest wyraźnie wyższa i wynosi 44,5%. Dla porównania, efektywność dzisiejszych typowych paneli słonecznych wynosi tylko około 25%.

Źródło: George Washington University

Dolne warstwy prototypowego ogniwa zawierają materiały oparte o substraty antymonku galu (GaSb), które przechwytują fale krótkie światła słonecznego, zaś na wierzchu znajdują się wysokowydajne ogniwa, wykonane z konwencjonalnych substratów. Procedurę nakładania poszczególnych ogniw wykonano techniką druku transferowego.

 

Choć nowe ogniwo faktycznie mogłoby zrewolucjonizować pozyskiwanie zielonej energii, prawdopodobnie minie jeszcze wiele lat zanim nastąpi masowa produkcja nowej technologii. Naukowcy sami przyznają, że zbudowanie takiego urządzenia jest obecnie bardzo kosztowne. W przyszłości koszty produkcji z pewnością spadną, lecz zaprojektowanie, zbudowanie i prezentacja urządzenia ma głównie charakter demonstracyjny.

 


Koncern zbrojeniowy Kałasznikow stworzył broń sterowaną przez sztuczną inteligencję

W ostatnich latach sporo mówi się o potencjalnych zagrożeniach, jakie mogą wynikać ze stosowania autonomicznych systemów uzbrojenia. Mimo tych obaw, wyścig zbrojeń na świecie nie ustaje. Rosja jest jednym z przykładów wdrażania systemów zbrojeniowych opartych o sztuczną inteligencję.

 

Koncern zbrojeniowy Kałasznikow, znany z produkcji popularnego karabinu AK-47 opracował w pełni automatyczny system bojowy, który potrafi identyfikować cele i podejmować samodzielne decyzje. Nowa broń dzięki sztucznej sieci neuronowej może uczyć się dzięki obecnym algorytmom i nabytemu doświadczeniu.

 

Urządzenie koncernu Kałasznikow jest podłączone do konsoli, która nieustannie przetwarza dane obrazowe. Robot wyposażony w karabin maszynowy będzie zatem automatycznie pilnował granicy lub danego obiektu, a gdy wykryje intruza będzie mógł oddać strzały bez ingerencji człowieka.

 

Już kilka lat temu Rosja zapowiadała, że roboty bojowe będą strzec kluczowych obiektów na terenie państwa, wykonywać misje patrolowe, identyfikować cele i je neutralizować. Autonomiczne maszyny zdolne do podejmowania decyzji, również tych, które mogą spowodować śmierć drugiego człowieka, mogą okazać się bardzo niebezpieczne. Nad podobną technologią pracuje Izrael i Stany Zjednoczone.