Lipiec 2017

Najpotężniejszy superkomputer świata przeprowadził największą symulację Wszechświata

Sunway TaihuLight to najszybszy superkomputer na świecie. Obecnie żaden superkomputer nie jest w stanie dorównać tej maszynie. Naukowcy z Narodowego Centrum Superkomputerów w Wuxi i Chińskiej Akademii Nauk w Pekinie z pomocą Sunway TaihuLight wykonali największą jak dotąd symulację Wszechświata.

 

Chińska maszyna jest oficjalnie najpotężniejszym superkomputerem na świecie. Sunway TaihuLight posiada moc obliczeniową 93 petaflopsów, zawiera 41 tysięcy procesorów ShenWei i ponad 10,5 miliona rdzeni oraz 1,3 petabajta pamięci RAM. Warto dodać, że drugim najszybszym superkomputerem świata jest chiński Tianhe-2, zaś do końca obecnego roku tamtejsi naukowcy mają ukończyć prace nad prototypem nowego komputera o niezwykłej mocy obliczeniowej 1 eksaflopsa - to około 10 razy więcej od możliwości, jakie prezentuje Sunway TaihuLight.

 

Chińscy naukowcy skorzystali z tego superkomputera, aby zasymulować narodziny i wczesną ekspansję Wszechświata. Była to największa jak dotąd symulacja, która uwzględniała aż 10 bilionów wirtualnych cząstek, lecz trwała tylko jedną godzinę. Poprzednimi rekordzistami byli badacze z Uniwersytetu w Zurychu, którzy z pomocą superkomputera IBM Piz Daint zasymulowali 25 miliardów wirtualnych galaktyk. W ich skład wchodziło "jedyne" 2 biliony cząstek, lecz symulacja trwała przez 80 godzin.

 

Chińscy naukowcy liczą, że następca Sunway TaihuLight pozwoli odtworzyć jeszcze więcej galaktyk i zostawi konkurencję daleko w tyle. Japońskie władze zapowiedziały, że będą przeznaczać duże sumy pieniędzy na rozwój własnych superkomputerów, z kolei Stany Zjednoczone chcą zbudować maszynę o mocy obliczeniowej 1 eksaflopsa do 2025 roku. Chiny będą w posiadaniu takiego sprzętu jeszcze w 2017 roku.

 


Uzyskaliśmy kolejny dowód na to, że żyjemy w kosmicznej pustce

Materia we Wszechświecie nie rozkłada się jednorodnie. W pewnych miejscach jest jej znacznie więcej niż w innych, a najnowsze badania wskazują na to, że żyjemy w miejscu o bardzo małej gęstości. Na 230. Spotkaniu Amerykańskiego Towarzystwa Astronomicznego zaprezentowano wyniki badań, zgodnie z którymi w naszej części Wszechświata jest znacznie mniej galaktyk i gwiazd niż w pozostałych.

 

Fakt, że żylibyśmy w miejscu o bardzo małej gęstości wyjaśniałby poważny problem w astrofizyce. Kiedy mierzymy tempo rozszerzania się Wszechświata powinno ono być takie samo niezależnie od kierunku. Tak jednak nie jest, co oznacza, że przyciąganie grawitacyjne w jakiejś części Wszechświata jest wyraźnie silniejsze. Według najnowszych odkryć „sferyczna pustka”, w której znajduje się nasza galaktyka, jest 7 razy większa niż podobne znane nam obiekty. Na poparcie tej tezy nie ma jeszcze dostatecznych dowodów, ale w świetle obecnych informacji jest ona bardzo prawdopodobna.

 

Większość dowodów opiera się na różnicach w rozszerzaniu się Wszechświata w skali lokalnej i kosmicznej. Otaczająca nas pustka wpływałaby na efekt ekspansji jedynie lokalnie, co tłumaczyłoby rozbieżności w pomiarach i byłoby pośrednim dowodem istnienia owej pustki.

 

Nie jest tajemnicą, że kosmos jest podobny do sera szwajcarskiego – dziury w serze mogą przypominać rozmieszczeniem duże skupiska materii. Nasza galaktyka znajduje się w Supergromadzie Laniakea, wielkiej strukturze składającej się ze 100 tysięcy galaktyk i jest przyciągana w kierunku bardzo gęstego regionu –  Wielkiego Atraktora. Jednocześnie zdaje się, że znajdujemy się w przepływie galaktyk wypychanych z pustego obszaru. Niezależnie od tego, czy coś nas przyciąga, czy odpycha, wszystko wskazuje na to, że nasze najbliższe otoczenie (w skali kosmosu) stanowi ogromną pustkę.

 


Nowe baterie Toyoty mogą zrewolucjonizować samochody elektryczne

Japoński koncern motoryzacyjny Toyota projektuje nową baterię, która zwiększy możliwości samochodów elektrycznych. Szacuje się, że nowa technologia stanie się dostępna najwcześniej w 2020 roku.

 

Nowa bateria będzie zawierała elektrody i elektrolit w stałym stanie skupienia. Toyota będzie mogła produkować mniejsze i lżejsze akumulatory, które będą posiadały większą pojemność, co z kolei przełoży się na większy zasięg pojazdów elektrycznych. W przeciwieństwie do dzisiejszych baterii litowo-jonowych, wynalazek Toyoty będzie posiadał większą żywotność i będzie bardziej bezpieczny w użyciu.

 

Na dzień dzisiejszy to Tesla góruje nad innymi firmami w kwestii samochodów elektrycznych, lecz Toyota dzięki nowej baterii ma szansę się wybić i stać się poważniejszym konkurentem. Jest to jednocześnie wielki krok w kierunku upowszechnienia pojazdów o napędzie elektrycznym.

 


Nowa sztuczna inteligencja Google będzie posiadała wyobraźnię

Sztuczna inteligencja rozwija się bardzo dynamicznie. Niektórzy futurolodzy uważają, że już za kilka dekad powstaną tak zaawansowane systemy, iż będą mogły w pełni naśladować pracę ludzkiego mózgu, a z biegiem lat nawet przewyższą człowieka pod względem umysłowym. Jednak sztuczna inteligencja, aby mogła z powodzeniem dorównać człowiekowi, musi uzyskać nawet tak podstawowe zdolności jak np. umiejętność wyobrażania sobie różnych scenariuszy. Okazuje się, że korporacja Google właśnie nad tym pracuje.

 

Brytyjska firma DeepMind, która w 2014 roku została przejęta przez Google, rozwija nowy niezwykły algorytm. Oprogramowanie to ma wyróżniać się możliwością przewidywania konsekwencji swoich decyzji zanim zostaną w ogóle podjęte. Maszyna, zanim bezmyślnie podejmie jakiekolwiek działanie, będzie mogła "zastanowić się" czy dane rozwiązanie pozwoli uzyskać oczekiwane efekty. 

 

Badacze opracowali sztuczną sieć neuronową, która uczy się wyciągać przydatne informacje i które będzie mogła wykorzystać w przyszłości przy podejmowaniu decyzji. System może nauczyć się stosować różne strategie i tworzyć plany działania. Nowe rozwiązanie okaże się bardzo pomocne w sytuacjach gdy algorytm napotka zupełnie nową dla siebie sytuację, która wymaga doświadczonego podejścia, lub gdy podjęcie danej decyzji będzie wiązało się z nieodwracalnymi w skutkach konsekwencjami.

 

Firma DeepMind przetestowała swój algorytm na przykładzie gry Sokoban, która wymaga od gracza umiejętności planowania i rozumowania. Gra polega na ustawianiu skrzyń w wyznaczonych miejscach. Inteligentny bot w rzeczywistości nawet nie znał zasad gry a programiści zwizualizowali jego "przemyślenia". Sztuczna inteligencja jest na wczesnym etapie rozwoju, lecz gdy opanuje umiejętność przewidywania konsekwencji swoich działań do perfekcji będziemy mogli mówić o prawdziwej rewolucji. Przecież nawet człowiek, istota rozumna, nie potrafi w pełni wykorzystywać swoich zdolności.

 


Naukowcy z USA po raz pierwszy zmodyfikowali genetycznie ludzkie zarodki

Rewolucyjna technika CRISPR/Cas9, która pozwala manipulować genomem dowolnego organizmu, zyskuje coraz większą popularność. Z pomocą tego narzędzia można edytować DNA - usuwać geny i wstawiać nowe. To z kolei może prowadzić do powstania nowych terapii genowych lub w skrajnym przypadku zachęcić naukowców do wyhodowania superludzi. Oczywiście zanim to nastąpi, potrzebne są badania.

 

Naukowcy z wielu państw świata eksperymentują z narzędziem CRISPR/Cas9 i sprawdzają jak wielkie daje możliwości. W Stanach Zjednoczonych z pomocą tej techniki po raz pierwszy zmodyfikowano geny ludzkich zarodków. Sukces został odnotowany przez Shoukhrata Mitalipova i jego zespół z Oregon Health & Science University.

 

Magazyn MIT Technology Review informuje, że podczas badań wykorzystano bardzo dużą liczbę embrionów jednokomórkowych a Mitalipov jest prawdopodobnie pierwszym naukowcem, który zademonstrował, że można naprawić uszkodzone geny w sposób skuteczny i bezpieczny. Zamiana kodu DNA w ludzkich embrionach ma wykazać, że uczeni są w stanie wyeliminować lub naprawić geny powodujące choroby dziedziczne. Proces ten nazwano inżynierią germinalną, ponieważ każde zmodyfikowane genetycznie dziecko przekazywałoby zmiany kolejnym pokoleniom poprzez własne komórki rozrodcze.

 

Potrzeba jeszcze wielu badań, aby upewnić się, że przyszłe terapie genowe będą skuteczne i nie wywołają efektów niepożądanych. W maju bieżącego roku naukowcy z Columbia University of Medical Center ostrzegali, że molekularne nożyczki CRISPR/Cas9 mogą prowadzić do wielu przypadkowych mutacji w genomie, lecz niedługo potem ich analizy zostały zakwestionowane przez badaczy z innego instytutu.

 

Powyższy eksperyment został przeprowadzony po raz pierwszy w Stanach Zjednoczonych, a poprzednie próby odbywały się w Chinach - pierwsza modyfikacja ludzkich zarodków nastąpiła już w 2015 roku, choć badania nie zakończyły się pomyślnie i zostały negatywnie przyjęte przez środowisko naukowe. W drugiej połowie 2016 roku, również w Chinach, rozpoczęto pierwsze badanie kliniczne z udziałem metody CRISPR/Cas9, która jest wykorzystana na pacjentach chorujących na raka płuc. Na wyniki tej pracy będziemy musieli poczekać do 2018 roku, a tymczasem kolejne chińskie zespoły planują przeprowadzać własne testy.

 


Amerykańskie działo elektromagnetyczne oddało pierwszą salwę

Marynarka wojenna USA ponownie przetestowała swoje działo elektromagnetyczne, znane również pod nazwą railgun. Tym razem broń oddała dwa strzały z rzędu i wkrótce zostanie poddana przełomowej próbie.

 

Działo elektromagnetyczne jest bardzo aktywnie rozwijane przez Stany Zjednoczone. Zasada działania nowej broni opiera się o zjawisko elektromagnetyzmu. Railgun potrzebuje tylko prądu elektrycznego i metalowych pocisków, które potrafi wystrzelić z ogromną siłą na wielkie odległości.

 

Podczas testów, które odbyły się w Morskim Centrum Walki Nawodnej im. kontradmirała Johna A. Dahlgrena w stanie Wirginia, pociski zostały wyrzucone z działa szynowego z prędkością ponad 6 Mach, tj. ponad 7300 km/h, na odległość przynajmniej 180 kilometrów. Ich siła uderzenia jest tak wielka, że potrafią zniszczyć cel bez wywoływania eksplozji. Dlatego przechowywanie nabojów dla działa elektromagnetycznego na pokładzie okrętu nie wiązałoby się z żadnymi zagrożeniami.

 

Biuro Badań Marynarki Wojennej USA (ONR) wskazuje, że railgun wraz z systemem zasilania z powodzeniem mógłby zostać zainstalowany na dzisiejszych okrętach wojennych. Lecz zanim to nastąpi, potrzebne są kolejne testy.

 

Marynarka wojenna USA zapowiada już następne eksperymenty. Specjaliści będą starali się zwiększyć moc działa oraz szybkostrzelność. Do września bieżącego roku, rewolucyjne działo ma wystrzelić pocisk z energią 20 megadżuli, zaś do końca roku energia wzrośnie do 32 megadżuli. Ponadto już w 2018 roku działo elektromagnetyczne przejdzie przez największą próbę, wystrzeliwując 10 pocisków na minutę.

 


Chiny zostaną światowym liderem w rozwoju i wdrażaniu sztucznej inteligencji

Sztuczną inteligencję można wykorzystać na wiele sposobów a z jej pomocą odnotowuje się wyraźne korzyści. Samojeżdżące samochody, inteligentne oprogramowania i roboty przemysłowe posiadają jeden wspólny mianownik - chodzi o automatyzację produkcji i zakładów pracy oraz zmniejszenie siły roboczej, co na dłuższą metę pozwoli zaoszczędzić wielkie sumy pieniędzy.

 

Sztuczna inteligencja może zrewolucjonizować transport miejski, sektor usług oraz przemysł. Chiny zrozumiały jak wielki potencjał drzemie w inteligentnych oprogramowaniach, dlatego rząd w Pekinie chce zostać światowym liderem w rozwoju i wdrażaniu SI, która sprawi, że kraj stanie się potęgą gospodarczą. W raporcie rządowym czytamy, że kraj chce osiągnąć swój cel najpóźniej w 2030 roku.

"Sztuczna inteligencja stała się nowym kierunkiem międzynarodowej konkurencji. Musimy podjąć inicjatywę, aby dobrze zrozumieć kolejny etap rozwoju SI i stworzyć nową przewagę konkurencyjną, otworzyć rozwój nowych gałęzi przemysłu oraz poprawić ochronę bezpieczeństwa narodowego."

Powyższy cytat mówi sam za siebie i wskazuje, że sztuczna inteligencja nie tylko przyspieszy rozwój gospodarki. Z pomocą inteligentnych oprogramowań, Chiny będą chciały również wzmocnić swoje wojsko. Fragment o ochronie bezpieczeństwa narodowego prawdopodobnie nawiązuje do zbudowania autonomicznych dronów bojowych oraz robotów wojskowych, co jest obecnie przedmiotem zainteresowania takich państw jak Stany Zjednoczone, Rosja, Iran, Arabia Saudyjska, Wielka Brytania czy Izrael.

 

Jeśli Chiny mają zamiar zrealizować swoje globalne ambicje będą musiały pamiętać, że tym samym zdetronizują Stany Zjednoczone jako obecnego światowego lidera w kwestii gospodarczej i militarnej, co z pewnością nie będzie łatwym zadaniem. Z drugiej strony już od 2016 roku Chiny zaczęły przeznaczać więcej czasu i środków finansowych na badania sztucznej sieci neuronowej niż USA. Chiny bez żadnych zahamowań wprowadzają automatyzację przemysłu i stawiają na dynamiczny rozwój, więc realizacja wyznaczonych celów wydaje się być jedynie kwestią czasu.

 


W 2018 roku wyruszy pierwszy bezzałogowy kontenerowiec, napędzany prądem elektrycznym

Autonomizacja maszyn postępuje nie tylko na lądzie i w powietrzu, ale także na morzu. W Norwegii trwają prace nad pierwszym na świecie bezzałogowym kontenerowcem Yara Birkeland, który dodatkowo będzie napędzany elektrycznie. Pozwoli to nie tylko zmniejszyć emisje dwutlenku węgla do atmosfery, ale także radykalnie ograniczyć koszta.

 

Yara Birkeland będzie wyposażony w technologię GPS, radar, kamery oraz sensory, dzięki czemu kontenerowiec będzie mógł samodzielnie i bezpiecznie poruszać się po morzu i osiągać wyznaczony cel. Statek jest opracowywany wspólnie przez Yara International, przedsiębiorstwo zajmujące się produkcją nawozów sztucznych, oraz firmę technologiczną  Kongsberg Gruppen.

 

Koszty budowy mają pochłonąć około 25 milionów dolarów. Jest to w przybliżeniu trzy razy więcej niż w przypadku standardowego kontenerowca. Jednak Yara Birkeland, który będzie napędzany prądem elektrycznym i nie będzie potrzebował załogi, pozwoli ograniczyć koszty operacyjne aż o 90% w skali roku.

Nowy autonomiczny kontenerowiec rozpocznie prace już w 2018 roku i będzie dostarczał nawozy z fabryki Yara International do portu w Larvik, oddalonego o 60 kilometrów. Jednak automatyzacja nowej jednostki będzie postępowała etapami. Początkowo statek będzie w pełni obsługiwany przez załogę. Rok później, statek będzie sterowany zdalnie, zaś w 2020 roku Yara Birkeland ma stać się w pełni autonomicznym kontenerowcem. Jest to bardzo dobre rozwiązanie, które pozwoli ograniczyć koszta, lecz wprowadzenie takich statków na całym świecie wymagałoby zabezpieczenia ładunku jak i całej jednostki przed piractwem morskim.

 


Stanfordzki eksperyment więzienny

W 1971 roku Philip Zimbardo wraz z grupą psychologów z Uniwersytetu Stanforda przeprowadził eksperyment, aby sprawdzić jak łatwo ludzie dopasowują się do przypisanych im ról – strażnika i więźnia – w symulacji życia więziennego.

 

Zimbardo interesowały przyczyny brutalności strażników więziennych. Chciał zbadać, czy kierują nimi sadystyczne skłonności, czy może raczej to wpływ środowiska więziennego jest tak destrukcyjny. Jeśli uczestnicy eksperymentu zachowywaliby się tak jak na co dzień, w nieagresywny sposób, świadczyłoby to na korzyść hipotezy o skłonnościach strażników do przemocy. Jeśli z kolei zachowanie ludzi biorących udział w eksperymencie zaczęłoby przypominać to znane z prawdziwych więzień, naukowcy mieliby podstawy sądzić, że to środowisko popycha strażników w stronę przemocy.

 

By przeprowadzić eksperyment przerobiono piwnicę jednego z budynków Wydziału Psychologii Uniwersytetu Stanforda w imitację więzienia i poszukiwano ochotników do zbadania wpływu więzienia na psychikę człowieka. Odpowiedziało ponad 70 kandydatów. Po wyeliminowaniu osób z problemami psychicznymi i mających wcześniej zatarg z prawem wybrano 24 studentów płci męskiej, każdy miał otrzymywać 15 dolarów dziennie (dziś byłoby to około 90 dolarów).

 

Wybrano losowo 12 strażników i 12 więźniów, z czego dziewięciu strażników odbywało 8-godzinne zmiany w trzyosobowych grupach (pozostała trójka mogła zostać wezwana jako wsparcie), a dziewięciu więźniów umieszczono po równo w trzech w celach o wymiarach 1,8 m na 2,7 m (pozostali byli „rezerwowi”). W fikcyjnym więzieniu była także przebieralnia dla strażników, pokój wartownika, biuro dyrektora więzienia, izolatka oraz toaleta, do której więźniów zaprowadzano z zawiązanymi oczami, by nie mogli zobaczyć drogi do wyjścia (uczucie osadzenia miało być jak najbardziej realne).

Więźniów traktowano tak jak zwykłych przestępców: aresztowań dokonano w ich domach, bez ostrzeżenia, a następnie zawieziono na komisariat policji, gdzie zdjęto im odciski palców, sfotografowano i założono kartotekę. Po wszystkim przewiezono ich z zawiązanymi oczami do prowizorycznego więzienia, gdzie rozpoczął się proces deindywiduacji – więźniowie mieli zatracić poczucie własnej tożsamości. Na miejscu rozebrano ich do naga, odwszawiono, zabrano rzeczy osobiste a wręczono strój więzienny i pościel (nie mogli nosić bielizny a wokół jednej z kostek zapięto im łańcuch). Każdemu nadano numer identyfikacyjny, który zastępował prawdziwe imiona. Nawet w komunikacji między sobą więźniowie mogli używać jedynie swoich numerów. W ten sposób stwarzano poczucie anonimowości. Strażnicy byli ubrani w identyczne uniformy koloru khaki, nosili ciemne lustrzane okulary, gwizdki zawieszone na szyi oraz pałki policyjne. Poza używaniem przemocy i zagładzaniem strażnicy mogli stosować wszelkie metody, by zachować porządek wśród skazanych. Zimbardo odgrywał rolę naczelnika więzienia. Uczestnicy eksperymentu bardzo szybko wpasowali się w przypisane im role.

 

W ciągu kilku godzin od rozpoczęcia eksperymentu niektórzy strażnicy zaczęli napastować więźniów. Budzono ich w środku nocy w ramach zbiórek – liczenie więźniów miało pomóc w zaznajomieniu z numerami identyfikacyjnymi. Ponadto zbiórki były doskonałą okazją dla strażników do okazywania władzy nad więźniami. Osadzeni równie szybko zaczęli przejawiać zachowania charakterystyczne dla skazańców. Donosili na siebie strażnikom, zaczęli restrykcyjnie przestrzegać panujących w więzieniu reguł, bali się kar za ich złamanie. Niektórzy zaczęli jawnie współpracować ze strażnikami przeciwko nieposłusznym więźniom. Skazańcy byli szykanowani, otrzymywali bezsensowne, nużące zadania. Często formą kary były wycieńczające ćwiczenia fizyczne, np. pompki trwające po kilka godzin. 

 

Rankiem drugiego dnia wybuchła rebelia, która zaskoczyła strażników po pierwszym dniu pełnym posłuszeństwa. Wieźniowie zerwali naszyte na strój numery i zabarykadowali się w celach, blokujące drzwi łóżkami. Stażnicy wezwali pomoc w postaci rezerwowej trójki a zmiana nocna zdecydowała się zostać dłużej by służyć wsparciem. Zaatakowano więźniów gaśnicami, rozebrano ich do naga i wyniesiono wszystkie łóżka, a prowodyr buntu został umieszczony w izolatce. Od tego momentu zaczęły się regularne napastowania i zastraszanie osadzonych.

Trzech więźniów najmniej zaangażowanych w bunt zostało umieszczonych w celi ze specjalnymi przywilejami. Oddano im ubranie oraz łóżka, pozwolono się umyć. W obecności innych więźniów, którym tymczasowo wstrzymano wydawanie posiłku, nakazano im jeść lepsze jedzenie. Złamało to poczucie wspólnoty wśród więźniów. W ciągu następnych kilku dni więźniowie stawali się coraz bardziej ulegli a strażnicy utwierdzali swoją władzę i wyższość. Im większą pogardę okazywano skazanym, tym większe poddaństwo zaczynali objawiać. 

 

W ciągu mniej niż 36 godzin od rozpoczęcia eksperymentu więzień nr 8612 zaczął wykazywać objawy rozbicia emocjonalnego, dezogranizacji myśli, napadów płaczu i gniewu. Strażnicy próbowali uspokoić go ofertą współpracy jako „informator”, lecz więzień numer 8612 zaczął tracić kontakt z rzeczywistością. Po rozmowie ze strażnikami zaczął zachowywać się jak szaleniec - krzyczał, przeklinał, miał napady wściekłości, które wymknęły się poza kontrolę. Dopiero wtedy psychologowie zdecydowali się wypuścić go na wolność. Reszta więźniów zaczęła umacniać się w przekonaniu, że znajdują się w prawdziwym więzieniu. 

 

Następnego dnia zorganizowano wizytację rodzin oraz przyjaciół. Z obawy przed negatywnym odbiorem warunków panujących w więzieniu, osadzonym kazano się umyć i posprzątać cele. Dostali również syty posiłek, a atmosferę miała umilać muzyka puszczana przez interkom oraz cheerleaderka z uniwersytetu, mająca przyjmować gości. Mimo to, część odwiedzających zgłaszała zażalenia ze względu na stan swoich bliskich, ale ulegali oni autorytetowi naukowców.


Po wizytach, jeden ze strażników podsłyszał rozmowy o planowanej ucieczce. Zimbardo próbował wtedy przenieść skazańców do prawdziwego więzienia, ale nie uzyskał na to zgody. Ostatecznie do ucieczki nie doszło, ale w ramach odwetu strażnicy zaczęli jeszcze bardziej upokarzać wieźniów, każąc im przykładowo szorować muszle toaletowe gołymi rękoma i zmuszając do wielogdzinnych ćwiczeń.

 

Zimbardo zaprosił kapelana prawdziwego więzienia, by ocenił realizm stworzonej atmosfery. Z niemal każdym więźniem odbył rozmowę na osobności, połowa z nich przedstawiła się za pomocą swojego numeru identyfikacyjnego zamiast imienia i nazwiska. Więzień numer 819 załamał się podczas wizyty księdza. Został następnie umieszczony w osobnym pokoju, z jego nogi zdjęto łańcuch i obiecano wizytę u lekarza. W trakcie odpoczynku numeru 819, pozostałych więźniów ustawiono w linii i kazano powtarzać słowa: „Więzień 819 jest złym więźniem. Przez to, co zrobił, moja cela jest brudna”. Kiedy słowa te dobiegły do uszu numeru 819, załamał się on powtórnie, ale odrzucił ofertę opuszczenia eksperymentu – nie chciał być zaszufladkowany przez innych jako zły więzień.

 

Dzień później niektórzy więźniowie stanęli przed komisją. Jej celem było rozważenie wcześniejszego zwolnienia. Większość skazanych była gotowa oddać pieniądze należne za udział w eksperymencie w zamian za wyjście na wolność. Nie powiedziano więźniom jak długo będzie trwało rozpatrywanie wniosku. 

 

Eksperyment był planowany na 14 dni, lecz zakończył się po zaledwie 6. Zachowanie strażników zaczęło przekraczać kolejne poziomy zgorszenia (zmuszano osadzonych do symulowania aktów homoseksualnych). Christina Malasch, późniejsza żona Zimbargo i doktorantka psychologii na Uniwersytecie Stanforda, została zaproszona na rozmowy z uczestnikami eksperymentu. Po tym, co zobaczyła wywarła na Zimbargo przerwanie eksperymentu. Z ponad 50 osób odwiedzających symulowane więzienie tylko ona wyraziła tak silny sprzeciw. Pomysłodawca eksperymentu przyznał później, że zbyt mocno zaangażował się w rolę naczelnika więzienia i zaniechał tym samym podejście naukowe.

Eksperyment ukazał łatwość, z jaką ludzie adaptują powierzone im role, zwłaszcza tak wyraźnie zarysowane jak strażnik czy więzień. Wynik eksperymentu wspiera hipotezę o silnym wpływie środowiska więziennego na brutalne zachowanie strażników. Zimbardo zaproponował dwa powody tak dużego podporządkowania rolą. Deindywiduacja może wyjaśniać zachowanie zwłaszcza strażników, którzy tak bardzo wtapiają się w grupę, do której przynależą, że zatracją cechy indywidualne i osobistą odpowiedzialność za czyny. Brutalne zachowanie pojmowali oni jako normę dla swojej grupy. Spore znaczenie mógł mieć jednolity strój. W przypadku więźniów poczucie bezsilności miało sprzyjać uległości wobec strażników. Nieprzewidywalne decyzje strażników i brak wpływu na swój los doprowadziło osadzonych do zaprzestania walki o swoje racje.

 

Po eksperymencie Zimbardo przeprowadził z uczestnikami rozmowy. „Byłem zaskoczony swoją postawą. Zmuszałem ich [więźniów] do obrażania się nawzajem i czyszczenia toalet gołymi rękoma. Właściwie zacząłem ich uważać za bydło i myślałem, że ciągle powinienem mieć na nich oko, żeby nic nie wywinęli”, opisuje uczestnik odgrywający rolę strażnika. Padały też zdania w rodzaju: „Autorytatywne zachowanie może być dobrą zabawą. Władza daję wielką przyjemność”. Większość strażników nie mogło uwierzyć, że posunęli się do takiego poziomu brutalności. Wielu było zaskoczonych odkryciem w sobie tego rodzaju osobowości i rzeczy, do jakich mogą być zdolni. Również więźniowe nie spodziewali się po sobie tak dużej uległości, kilkoro uważało się dotąd za ludzi asertywnych. Zapytani o strażników, wyróżnili 3 typy spotykane w każdym więzieniu: dobrych, twardych ale sprawiedliwych oraz okrutnych. 

 

Większość strażników twierdziła później, że zwyczajnie odgrywali role, a charakter przypisanych im ról może w prosty sposób tłumaczyć wyniki eksperymentu. Z tego względu nie można przemiany ludzi zaobserwowanej podczas badania przełożyć na prawdziwe życie i prawdziwe więzienia. Pewne przesłanki wskazują jednak, że w niektórych sytuacjach uczestnicy reagowali jak w prawdziwym życiu. Przykładowo 90% rozmów między skazanymi dotyczyło doli więziennego życia, a tylko 10% zajmowały tematy o życiu poza kratkami. Niektórzy więźniowie podczas rozmowy z księdzem prosili o prawnika, by pomógł im się wydostać. Podobnie strażnicy omawiali głównie problemy związane ze swoją „pracą”. Ponadto przybywali zawsze na czas i brali nadgodziny, by więcej zarobić.

 

Badanie trudno rozszerzyć na całą populację: nie uwzględniono w nim kobiet ani obcokrajowców. Amerykanie są raczej indywidualistami, częściej cechują się nonkonformizmem, a np. Azjaci tworzą zwarte, kolektywne środowiska. Mimo to, trudno odmówić eksperymentowi wpływu na prawdziwe życie. Wiele mechanizmów więziennych uległo dzięki niemu zmianie (przykładowo młodociani oskarżeni nie są przed rozprawą przetrzymywani razem z dorosłymi, z obawy przed zachętą do przemocy).

 

Badanie Zimbardo miało duży wpływ na etykę badań psychologicznych. Obecnie każde badanie przed rozpoczęciem musi zostać ocenione przed specjalną komisję. Ocenia się, czy potencjalne odkrycia jakie mogą przynieść eksperymenty usprawiedliwiają podejmowane ryzyko. Komisje mogą zarządać zmian w projekcie badania lub całkowicie go zakazać.

 

Wiele krytycznych głosów spadło na eksperyment i jego twórców: uczestnicy nie wiedzieli na co się piszą (nie dało się tego przewidzieć), nie wyrazili zgody na aresztowanie we własnych domach, nikomu nie zapewniono opieki psychologicznej. Na obronę Zimbardo można przytoczyć fakt, że program badania został zatwierdzony przez komisję psychologów i nikt nie spodziewał się uzyskanych efektów. Wszyscy uczestnicy spotykali się na grupowych i indywidualnych sesjach terapeutycznych, ich stan był monitorowany najpierw w tygodniowych, później w miesięcznych i rocznych interwałach. Nie utrwaliły się żadne negatywne efekty badania.

 

Powyższy eksperyment warto przyrównać do eksperymentu Milgrama, który został odtworzony w Polsce. Tam uczestnikom również przypisano konkretną rolę, lecz w tym przypadku badano ich uległość wobec autorytetu. "Nauczyciel" miał razić prądem "ucznia" za każdym razem, gdy ten drugi źle odpowie na zadane pytania, a z każdą próbą miał zwiększać napięcie elektryczne aż dojdzie do 450 V. Była to oczywiście tylko symulacja, która miała pokazać czy uczestnik szalonego z pozoru eksperymentu będzie go kontynuował pod nadzorem naukowca, czy też zbuntuje się i odmówi dalszego udziału w obawie o życie "ucznia". Eksperyment Milgrama nawiązuje zresztą do niemieckich nazistowskich zbrodniarzy wojennych, którzy tłumaczyli się, że tylko wykonywali rozkazy, jednak podobne zachowania zaobserwowano również w stanfordzkim eksperymencie więziennym. Podziały na różne role, nie tylko jako strażnik-więzień czy nauczyciel-uczeń, można dostrzec w życiu codziennym i one również w sposób świadomy lub nie wpływają na zachowania ludzi.

 


Testy silnika typu scramjet zakończyły się sukcesem

Na początku lipca, rakieta wyposażona w rewolucyjny napęd scramjet została wystrzelona z poligonu wojskowego Woomera Test Facility w Australii Południowej. Test zakończył się powodzeniem i miał istotne znaczenie dla prac nad pociskami hipersonicznymi nowej generacji.

 

Próba silnika strumieniowego z naddźwiękową komorą spalania (Supersonic Combustion Ramjet) odbyła się we współpracy australijskiego Defence Science and Technology Group, U.S. Air Force Research Lab, koncernu lotniczego Boeing oraz zbrojeniowego BAE Systems. Woomera Test Facility to największy na świecie poligon wojskowy. Ciekawostką jest, że obiekt ten zajmuje obszar ponad jednej trzeciej powierzchni Polski.

 

Test odbył się w tajemnicy a jego szczegóły pozostają nieznane. Dowiedzieliśmy się jedynie, że eksperyment z silnikiem zakończył się sukcesem, co potwierdza udostępniony poniżej krótki filmik.

Prace nad silnikiem typu scramjet w ramach projektu HiFiRE (Hypersonic International Flight Research Experimentation) trwają od kilkunastu lat. Podczas ostatniego testu, który odbył się w 2016 roku, rakieta eksperymentalna osiągnęła wysokość 278 kilometrów oraz prędkość 7,5 Macha, tj. ponad 9000 km/h. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, projekt HiFiRE dobiegnie końca już w 2018 roku. To sugeruje, że prace nad silnikiem znajdują się w fazie końcowej.

"Silnik strumieniowy z naddźwiękową komorą spalania w zamyśle różni się od konwencjonalnego silnika odrzutowego tylko pod dwoma względami. Po pierwsze, przepływające przez niego powietrze i spaliny poruszają się z prędkością wyższą od prędkości dźwięku. Po drugie, nie ma w nim żadnych wałów ani turbin, bo powietrze nie musi być sprężane. Ten prosty pomysł okazał się niezwykle trudny w realizacji. Wadą scramjeta jest fakt, że może on działać tylko przy prędkości powyżej 5 Machów. Aby rozpędzić go do takiej prędkości, niezbędny jest inny silnik." - podaje serwis news.astronet.pl.

Silnik typu scramjet zrewolucjonizuje przemysł lotniczy, wojskowy oraz kosmiczny. Wyposażona w niego maszyna będzie mogła osiągać prędkość hiperdźwiękową, tj. do 10 Mach. Samolot z tym silnikiem mógłby pokonać trasę z Londynu do Sydney o długości około 17 tysięcy kilometrów w czasie dwóch godzin. Nową technologią zainteresowane są również przedsiębiorstwa kosmiczne, które będą mogły wynosić ładunki na orbitę przy mniejszych kosztach, a także siły zbrojne. Rakiety oraz samoloty wojskowe będą mogły uderzyć w dowolne miejsce na naszej planecie w jeszcze krótszym czasie.