Grudzień 2016

Amazon opatentował latające magazyny

Już od kilku dobrych lat, korporacja Amazon chce dostarczać swoje produkty do klientów w zupełnie inny, nowoczesny sposób. Chodzi oczywiście o wykorzystanie latających dronów. Jednak teraz docierają do nas kolejne, bardzo interesujące szczegóły. Okazuje się bowiem, że Amazon opatentował latające magazyny - nie ma tu żadnej przenośni!

 

Jak można przeczytać w dokumencie, Amazon określa te urządzenia jako "latające centrum realizacji zamówień". Patent zakłada aby przenośne, latające magazyny, wraz z odpowiednią ilością zaopatrzenia, przebywały w powietrzu nad konkretną lokalizacją. Firma może je umieszczać w miejscach, gdzie organizowane będzie jakieś większe wydarzenie, np. w pobliżu stadionu. Wydarzenia gromadzą ludzi, a ludzie to potencjalni klienci, którzy składając zamówienie w sklepie internetowym Amazon niemal natychmiast otrzymają wybrany produkt.

Drony będą zabierać z latającego magazynu przesyłki i dostarczać je prosto do rąk klientów. Wśród nich będą bezzałogowce, zdolne do transportowania żywności, którą będzie można utrzymać w danej temperaturze (zimne piwo lub gorące hot-dogi). Amazon przewiduje również zbudowanie specjalnych transporterów, które mogłyby zabierać do latającego magazynu drony, zaopatrzenie, a nawet ludzi.

 

Pomysł brzmi dość nieprawdopodobnie, ale z pewnością jest to możliwe do zrealizowania. Początkowo same dostawy przy pomocy dronów wydawały się niemożliwe, lub przynajmniej trudne do wykonania, a dziś taki środek dostawczy stosuje coraz więcej firm na całym świecie.

 


Microsoft opracowuje technologię ze Star Treka - holodeck

Każdy fan kosmicznej sagi Star Trek dobrze wie czym jest holodeck. To miejsce umożliwiające symulowanie dowolnie zaprogramowanej rzeczywistości, wchodzącej w interakcje z doświadczającym doskonałej iluzji uczestnikiem symulacji. Korporacja Microsoft pracuje nad podobnym produktem.

 

Oczywiście możliwości produktu rozwijanego przez Microsoft trudno porównywać do tych z holodecku ze Star Trek, ale z pewnością jest to jakaś próba rozwoju technologii w kierunku dostarczania tak zaawansowanej rozrywki. Wykorzystanie rozszerzonej rzeczywistości ze specjalnymi okularami i sensorami Kinect znanymi z konsoli Xbox, ma zapewniać zupełnie nowe wrażenia uczestniczenia w rozgrywce, na poziomie realizmu i interakcji porównywalnym do tego ze wspominanych kultowych seriali.

Zanim nasza technologia będzie na tyle rozwinięta aby generować rzeczywistość na poziomie kwantowym, tak jak działo się to w Star Trek, planuje się wykorzystać tak zwaną rzeczywistość rozszerzoną czyli mieszanie rzeczywistości wirtualnej z realnym otoczeniem. Mimo, że technologia dopiero raczkuje, Microsoft nie omieszkał już zabezpieczyć stosownych patentów na swoją wersję holodecku.

Na przestrzeni ostatnich lat byliśmy świadkami powstawania technologii łudząco podobnych do tych znanych z seriali Star Trek. To tam zaprezentowano telefon komórkowy, tablety czy dotykowe ekrany. Wszystkie te technologie są już powszechnie używane. Kto wie czy wkrótce podobnie nie stanie się z racze nieosiągalnym w ramach dzisiejszych technologii symulatorem rzeczywistości zwanym holodeckiem.

 


Na UMK szukają ciemnej materii

Fizycy z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika (UMK) w Toruniu przeprowadzili laboratoryjne poszukiwania ciemnej materii. Po raz pierwszy do tego celu wykorzystano w sposób eksperymentalny optyczne zegary atomowe. Wyniki badań opublikowano w czasopiśmie „Nature Astronomy”.

 

Ciemna materia to tajemniczy składnik Wszechświata, którego własności próbują poznać fizycy i astronomowie. Jak tłumaczy dr Piotr Wcisło z UMK, pierwszy autor publikacji, efekty fizyczne sugerujące istnienie ciemnej materii były do tej pory obserwowane tylko w skali galaktycznej. Wyjaśnienie obserwowanego ruchu ciał wewnątrz galaktyk czy charakterystycznego załamania światła (soczewkowania grawitacyjnego), które dociera do Ziemi, wymagałoby znacznie silniejszego oddziaływania grawitacyjnego niż to, którego źródłem była dostrzegalna materia.

 

„Zaobserwowanie ciemnej materii w warunkach laboratoryjnych byłoby prawdziwym przełomem” - mówi polski naukowiec.

 

Fizykom z Torunia udało się wykorzystać narzędzie umożliwiające poszukiwania ciemnej materii i dokonać pomiarów pokazujących, że jeżeli ciemna materia faktycznie istnieje, to nie oddziałuje ze zwykłą materią bardziej niż pewna wyznaczona wartość. Tym narzędziem był optyczny zegar atomowy.

 

Z obserwacji astronomicznych wiadomo, iż ciemnej materii jest kilkakrotnie więcej niż materii znanej nam na co dzień. Ciemna materia jest niewidoczna, a jedyny sposób, w jaki wnioskujemy o jej istnieniu, to obserwacje efektów jej oddziaływania grawitacyjnego na zwykłą materię. Jest kilka hipotez próbujących wyjaśnić ten stan rzeczy. Poszukuje się np. cząstek elementarnych, które mogłyby być odpowiedzialne za ciemną materię. Innym pomysłem jest korekta teorii grawitacji, w której być może trzeba uwzględnić jakiś czynnik korygujący w zależności siły grawitacji od odległości (tzw. teorie zmodyfikowanej grawitacji).

 

Polscy naukowcy sprawdzili jeszcze inną hipotezę, według której być może istnieją makroskopowe obiekty ciemnej materii, tzw. defekty topologiczne. Mogły one powstać we wczesnym, szybko ochładzającym się Wszechświecie. Taki defekt można sobie wyobrazić jako ścianę o nieznanej grubości, która „przelatuje” przez Wszechświat.

 

„Jeżeli taki obiekt przemknie przez Krajowe Laboratorium Fizyki Atomowej, Molekularnej i Optycznej (FAMO) i jeśli jakkolwiek sprzęga się ze standardową materią, którą znamy, to w tym momencie najczulsze urządzenia na świecie, jakim jest optyczny zegar atomowy, zacznie >tykać< nieco inaczej” - wyjaśnia dr Wcisło.

 

Nad takim rodzajem eksperymentu fizycy na świecie zastanawiali się już wcześniej, ale zakładano, że do pomiarów, oprócz podstawowego zegara atomowego, potrzebny jest jeszcze referencyjny w bardzo oddalonym miejscu. Wymagałoby to odpowiedniego połączenia światłowodowego np. pomiędzy Polską a Japonią.

 

Jednak dr Wcisło wpadł na inny pomysł, pozwalający na zastosowanie tylko jednego zegara atomowego. Okazuje się, że jako wzorzec częstości można potraktować nie tylko ultrazimne atomy, ale także wnękę optyczną – jeden ze standardowych elementów zegara atomowego. Częstotliwości światła pochłanianego przez atomy oraz przechodzącego przez wnękę inaczej zareagują na spotkanie z poszukiwanym obiektem. Jego obecność zamanifestuje się jako różnica tych dwóch częstotliwości.

 

Prof. Roman Ciuryło z UMK wskazuje, iż zegary atomowe wykorzystujące ultrazimne atomy i wnęki optyczne znane są od lat, ale jak dotąd eksperymentatorzy nie dostrzegli tego potencjału. Proste połączenie faktów, jak w przypadku eksperymentu toruńskiej grupy, doprowadziło do ciekawych konsekwencji.

 

Nowa metoda poszukiwań ciemnej materii pozwala na ustalenie kolejnych ograniczeń dotyczących własności ciemnej materii. Dzięki temu będzie można sprawdzić i odrzucić hipotezy, które są błędne. Ale metoda pozwala potencjalnie także na realną detekcję ciemnej materii. Na dodatek jest bardzo ekonomiczna: nie trzeba budować specjalnych, drogich laboratoriów, bowiem dane w eksperymencie uzyskiwane są z już istniejącego urządzenia, zbudowanego do innych celów naukowych.

 

„To, że możemy dziś testować takie pomysły, jest plonem wysiłków ogólnopolskiego środowiska uczonych zajmujących się fizyką atomową, molekularną i optyczną podjętych na początku tego stulecia. Dzięki temu, że powstało KL FAMO, możliwe było w Polsce rozwijanie ultranowoczesnych technologii oraz takich gałęzi fizyki, których osiągnięcia pozwoliły na budowę Polskiego Optycznego Zegara Atomowego. To z kolei dało szansę na zmierzenie się z jedną z bardziej fascynujących zagadek Wszechświata” - podkreśla prof. Ciuryło.

 

Grupa badawcza z Zakładu Fizyki Atomowej, Molekularnej i Optycznej Instytutu Fizyki UMK pracowała w składzie: dr Piotr Wcisło, dr inż. Piotr Morzyński, dr Marcin Bober, dr Agata Cygan, dr hab. Daniel Lisak, prof. UMK, dr hab. Roman Ciuryło, prof. UMK oraz dr hab. Michał Zawada.

 

Wszystkie pomiary wykonano w Krajowym Laboratorium Fizyki Atomowej, Molekularnej i Optycznej (KL FAMO) przy użyciu Polskiego Optycznego Zegara Atomowego (POZA), zbudowanego dwa lata temu przez naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

 

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl


Zmarła Vesna Vulović - kobieta, która przeżyła upadek z 10 kilometrów

Vesna Vulović, "kobieta ze stali". W 1972 roku, przeżyła upadek z ponad 10 kilometrów, gdy wyskoczyła z samolotu, który leciał nad dawną Czechosłowacją. Nie miała ze sobą spadochronu. Choć była w fatalnym stanie, udało jej się przeżyć tę katastrofę i mogła nawet normalnie funkcjonować. Vulović dożyła 66 lat. Media podają, że kobieta została znaleziona martwa w swoim apartamencie.

 

Vesna Vulović była stewardessą. Tragiczny dzień, który zapamiętała sobie do końca życia, miał miejsce 26 stycznia 1972 roku. Samolot linii lotniczych Jat Airways wykonywał lot ze Sztokholmu do Belgradu. Nad Czechosłowacją, a dokładniej nad Srbską Kamenicą, nastąpiła eksplozja, która rozerwała samolot na dwie części. Kobieta postanowiła się ewakuować, wyskakując z samolotu na wysokości 10 160 metrów. 

 

Katastrofy lotu 367 nie przeżył nikt, za wyjątkiem odważnej stewardessy. Zginęło 22 pasażerów oraz 6 członków załogi. Vesna Vulović spadła z ponad 10 kilometrów na Ziemię. Miała pękniętą czaszkę, złamane obie nogi, trzy zmiażdżone kręgi i była sparaliżowana od pasa w dół. Przez 27 dni znajdowała się w śpiączce, zaś przez kolejne 16 miesięcy przebywała w szpitalu. Nie dość, że przeżyła taki upadek, to jeszcze doszła do siebie i odzyskała zdrowie. Zdarzenie nie wywołało u niej traumy, nie doznała również strachu przed lataniem i mogła wrócić do pracy w Jat Airways - kontynuowała swoją karierę za biurkiem.

W 1985 roku, Vulović dostała wyróżniona - jej nazwisko znalazło się w Księdze Rekordów Guinnessa w kategorii skok bez spadochronu z największej wysokości. Skok przeżyła, lecz prędzej czy później na każdego przychodzi czas. Kobieta została znaleziona martwa w swoim apartamencie w Belgradzie w sobotę. Jej ciało odnalazł brat, który powiadomił, że Vesna przez kilka dni nie reagowała na próby nawiązania połączenia telefonicznego. Nie ustalono jeszcze przyczyny jej śmierci. Vesna Vulović dożyła 66 lat.

 


Chiny testują napęd EM Drive w kosmosie

Wciąż pojawiają się kolejne informacje w sprawie napędu EM Drive. Podczas gdy zespoły badawcze z różnych państw świata potwierdzają jego działanie, Chińczycy wzięli go na pokład stacji kosmicznej Tiangong-2 i tam prowadzą swoje eksperymenty.

 

Jakiś czas temu na łamach portalu Tylkonauka.pl zaznaczyliśmy, że skoro dotychczasowe testy potwierdzają działanie napędu EM Drive, to powinniśmy wypróbować go w przestrzeni kosmicznej. Chińska Akademia Technologii Kosmicznych donosi o testach, prowadzonych na Tiangong-2. Dodano, że Chiny, jako pierwsze na świecie, będą budować satelitę, opartego o ten niezwykły silnik.

 

Z napędem EM Drive wiązane są ogromne nadzieje. Badania przeprowadzane przez specjalistów potwierdzają, że silnik ten działa, choć nie emituje żadnego gazu pędnego. To jego pracy wystarczy energia elektryczna a ciąg generowany jest przez mikrofale, odbijające się od wnętrza stożkowatego i pokrytego metalem kontenera.

 

Wkrótce będziemy świadkami przełomowego momentu. Napęd EM Drive po raz pierwszy zostanie wykorzystany w przestrzeni kosmicznej i wszystko wskazuje na to, że dokonają tego Chińczycy.

 


Tokamak KSTAR pobił własny rekord w stabilnym utrzymaniu plazmy

Naukowcy pracujący przy reaktorze KSTAR (Korea Superconducting Tokamak Advanced Research) powiadomili o kolejnym sukcesie. W tokamaku udało się podtrzymać plazmę przez 70 sekund - tym samym pobity został dotychczasowy rekord dla tego urządzenia, który wynosił 55 sekund.

 

Tokamak KSTAR z biegiem czasu uzyskuje coraz lepsze wyniki. Prace nad projektem rozpoczęto w 1995 roku. 13 lat później, reaktor wytworzył pierwszą plazmę o temperaturze 20 milionów stopni Celsjusza, którą podtrzymano przez 0,8 sekundy. Z biegiem lat pobijał kolejne rekordy - w 2011 roku, plazma o temperaturze około 50 milionów stopni została podtrzymana przez 5,2 sekundy a każdy następny rok przynosił kolejne dobre wieści.

Źródło: NFRI/KSTAR

Najnowszy rekord dla reaktora KSTAR wynosi 70 sekund. Minie jednak sporo czasu zanim będziemy mogli czerpać ogromne ilości energii ze "sztucznych słońc". Konieczne jest bowiem spełnienie trzech istotnych warunków - odpowiednią gęstość i temperaturę plazmy należy utrzymać przez dostatecznie długi czas.

 

Obecnie przewodnią rolę w tej dziedzinie odgrywają Chiny. W lutym 2016 roku, reaktor EAST (Experimental Advanced Superconducting Tokamak) zdołał podtrzymać plazmę o temperaturze 50 milionów stopni Celsjusza przez 102 sekundy. Na dzień dzisiejszy jest to światowy rekord, a Chińczycy zapowiadali, że ich ostatecznym celem jest osiągnięcie temperatur rzędu 100 milionów stopni Celsjusza i podtrzymanie takiego stanu przez 17 minut.

 


W Korei Południowej przetestowano ogromnego, potężnego mecha. Czy tak będą wyglądać żołnierze przyszłości?

W wyniku powszechnej robotyzacji, zatrudnienie mogą stracić pracownicy fizyczni, informatycy a nawet... żołnierze. Południowokoreańska firma opracowuje gigantyczną maszynę załogową rodem z filmów sci-fi.

 

Robot METHOD-1 jest dziełem Korea Future Technology. Prawdopodobnie nie dowiedzielibyśmy się o tej niezwykłej maszynie, gdyby nie Witalij Bułgarow, który współpracuje z firmą i udostępnił nam nieco informacji.

Mech posiada 4 metry wysokości i waży 1500 kilogramów. Jego obsługa jest wyjątkowo łatwa - robot naśladuje ruchy rąk użytkownika, co można zobaczyć na poniższym nagraniu. Firma przetestowała niedawno jego ogólną sprawność rąk i nóg. To żelazne monstrum potrafi chodzić i bardzo szybko poruszać rękami.

Źródło: Facebook

METHOD-1 może mieć wiele zastosowań. Mech z pewnością okaże się przydatny np. w przemyśle produkcyjnym i podczas przenoszenia wielkich, masywnych przedmiotów. Jednak gdyby usprawnić palce maszyny, dać jej odpowiedni do jej rozmiarów karabin maszynowy i przekształcić ją w wersję bezzałogową, sterowaną zdalnie, byłaby to z pewnością przerażająca maszyna do zabijania.

Źródło: Facebook

 


Powstał projekt Paradoxal - lot z Londynu do Nowego Jorku trwałby tylko dwie godziny

Juan Garcia Mansilla, projektant przemysłowy z Argentyny, przedstawił ciekawy projekt, który umożliwiłby szybkie podróżowanie w dowolne miejsce na świecie. Pomysłodawca twierdzi, że z Londynu do Nowego Jorku dostalibyśmy się w ciągu dwóch godzin a z Los Angeles do Sydney - w mniej niż trzy godziny.

 

Projekt nosi nazwę Paradoxal i pojawił się niedawno na kanadyjskiej stronie Imaginactive. Mansilla twierdzi, że w przyszłości z pewnością będziemy w stanie zrealizować jego pomysł. Zakłada on loty suborbitalne samolotem naddźwiękowym z nowoczesnym silnikiem strumieniowym. Maszyna mogłaby osiągać prędkość 3 machów i zabrać nas w dowolne miejsce na świecie w ciągu kilku godzin.

Autor projektu uważa, że takie samoloty mogłyby pełnić rolę transportowo-turystyczną. Ewentualnie mogłyby zainteresować się nimi agencje rządowe. Mansilla zakłada aby samoloty te wzbijały się na wysokość około 18 kilometrów nad powierzchnią Ziemi, co zapewni niezapomniane wrażenia. Maszyny potrzebowałyby pasa startowego o długości około 1800 metrów.

Faktyczne wdrożenie projektu w życie zajęłoby nam lata. Juan Garcia Mansilla chce przede wszystkim zainspirować przyszłą generację inżynierów i naukowców z nadzieją, że to właśnie oni zechcą rozpocząć pracę nad tym futurystycznym transportem.

Na stronie Imaginactive można znaleźć więcej ciekawych projektów. Jest tam np. koncepcja apartamentu Drone Tower ze specjalnym balkonem, na którym mogą lądować duże bezzałogowce lub latające taksówki, czy też pomysł na autonomiczny, dwuosobowy motor Cyclotron.

 


Dzięki reprogramowaniu komórkowemu, życie myszy zostało wydłużone o 30%

Naukowcy po raz pierwszy zdołali odwrócić proces starzenia się u zwierząt dzięki reprogramowaniu komórek. Obiektami badań były myszy, cierpiące na progerię, tj. przedwczesne starzenie się - zabieg pozwolił wydłużyć ich życie o 30% i przywrócić im siły witalne.

 

Badacze z kalifornijskiego Instytutu Salka skorzystali z metody reprogramowania komórek. Dzięki niej, dorosłe komórki można cofnąć do fazy indukowanych pluripotencjalnych komórek macierzystych (iPSC), które następnie mogą przybrać postać dowolnej tkanki. iPSC zostały po raz pierwszy wyhodowane w 2006 roku przez japońskiego lekarza Shin'ya Yamanaka, natomiast zestaw czterech genów, dzięki którym możliwe jest uzyskanie takich komórek, to tzw. czynniki Yamanaka.

 

Jednak naukowcom z Instytutu Salka nie zależało na uzyskaniu komórek iPSC - badania sprzed kilku lat wykazały, że podanie ich żywym zwierzętom może mieć fatalne znaczenie dla zdrowia organizmu i prowadzić do rozwoju nowotworów. Dlatego postanowiono reprogramować komórki tylko do pewnego stopnia.

 

Komórki myszy zostały poddane działaniu czynników transkrypcyjnych tylko przez okres 2-4 dni. Natomiast aby uzyskać iPSC, proces ten musiałby trwać do 21 dni. Komórki zostały zatem odmłodzone do pewnego stopnia. Badania wykazały, że dzięki tej technice genetycznej, cierpiące na progerię myszy wyglądały i zaczęły zachowywać się tak jakby były młodsze. Gryzonie zyskały nie tylko na zdrowiu, ale ich długość życia została wydłużona o 30% w porównaniu do zwierząt, które nie zostały poddane temu eksperymentowi.

Komórki mięśniowe myszy przed kuracją (po lewej) i po zabiegu (po prawej) / źródło: Juan Carlos Izpisua Belmonte Lab/Salk Institute

"W innych badaniach, naukowcy kompletnie reprogramowali komórki do stanu podobnego do komórek macierzystych. Lecz my po raz pierwszy wykazaliśmy, że poprzez ekspresję tych czynników w krótkim czasie możemy zachować tożsamość komórek przy jednoczesnym odwróceniu znamion, związanych z wiekiem" - powiedział Pradeep Reddy z Instytutu Salka.

Dzięki tej kuracji, naukowcy mogliby opracować prawdziwy eliksir młodości nie tylko dla zwierząt, ale także dla ludzi. Autorzy badania zaznaczają jednak, że potrzebują jeszcze sporo czasu aby udoskonalić proces odmładzania. Przewiduje się, że pierwsze badania kliniczne na człowieku mogą zostać przeprowadzone za około 10 lat.

 


Mars One znów zmienia plany - załogowy lot na Czerwoną Planetę odbędzie się dopiero w 2031 roku

Holenderski projekt Mars One znów zmodyfikował swoje plany. Aby jeszcze lepiej dostosować go do finansów, postanowiono odsunąć w czasie wszystkie czynności, tj. wysłanie sond zaopatrzeniowych, rozmieszczenie satelity komunikacyjnego oraz dostarczenie na Czerwoną Planetę pierwszych kolonizatorów.

 

Zmiany w projekcie wprowadzono już po raz trzeci (i miejmy nadzieję, że ostatni). Na samym początku ustalono, że astronauci pojawią się na Marsie w 2023 roku. Plany zaczęły ulegać zmianie i przełożono wszystkie działania dwukrotnie o dwa lata. Kolonizatorzy Czerwonej Planety mieli więc rozpocząć swoją misję w 2027 roku. Niestety, z najnowszych wieści wynika, że Mars One nie zostanie zrealizowany tak szybko, jak byśmy tego chcieli.

 

Misja demonstracyjna obędzie się w 2022 roku. W 2024 roku, na Marsie pojawi się satelita komunikacyjny. Dwa lata później, z Ziemi wystrzelony zostanie łazik, który pozwoli wybrać odpowiednie miejsce dla utworzenia kolonii. W 2029 roku, na Marsa wyślemy kolejny łazik wraz ze sprzętem i materiałami, potrzebnymi do utworzenia marsjańskich osad oraz systemów podtrzymywania życia.

 

Lot załogowy odbędzie się dopiero w 2031 roku i potrwa około 7 miesięcy. Na Marsie pojawi się pierwsza załoga wraz ze sprzętem, który zostanie przeznaczony dla drugiej ekipy, która przybędzie na tę planetę w 2034 roku.

 

Bas Lansdorp, założyciel inicjatywy Mars One powiadomił, że przebieg misji jest ściśle uzależniony od zaplecza finansowego. Okazało się również, że pierwsze założenia, dotyczące załogowego lotu już w 2023 roku, były po prostu zbyt śmiałe i nie uda się zrealizować wszystkich zadań w tak krótkim czasie.